G.K. Chesterton: Obecne zagrożenie (Zarys normalności)

zarys normalnosci

ZARYS NORMALNOŚCI

ROZDZIAŁ 2.

OBECNE ZAGROŻENIE

Gdy przez moment zaspokoimy się, czy też nasycimy lekturą wieści z najwznioślejszych kręgów społecznych, lub najdokładniejszych zapisów z rozpraw najbardziej odpowiedzialnych sądów, to w sposób naturalny zaczniemy kierować uwagę na gazetową historię w odcinkach pt. „Zatruta przez własną matkę”, lub „Tajemnica karmazynowej obrączki ślubnej”, spragnieni będziemy lektury lekkiej i łagodnie przekonującej, czegoś spokojniejszego, domowego i przypominającego prawdziwe życie. Gdy jednak wertujemy strony, kierując się od niewiarygodnych faktów do stosunkowo wiarygodnej fikcji, bardzo prawdopodobne jest, że napotkamy na konkretne wyrażenie, tyczące się degeneracji społecznej. Jest to jedno z wielu wyrażeń, których zestawy zdają się być przechowywane w biurach gazet. Jak większość tych solidnych instrukcji, wyrażenie to jest w istocie swej kojące. Niczym nagłówek „Nadzieje na zgodę,” z którego dowiadujemy się, iż rzeczy nie są uzgodnione; lub temat „Ożywienie kupiectwa,” którego okresowe wskrzeszanie jest nieodłącznym elementem fachu kupczących dziennikarzy. Wyrażenie, do którego się odnoszę obwieszcza nam mianowicie, że lęki o zwyrodnienie społeczne nie powinny nam przeszkadzać, ponieważ obawy takie podnoszono w każdym wieku; a zawsze przecież znajdą się osoby uwstecznione i romantyczne, jak np. poeci i podobny motłoch, zerkający wstecz na wyimaginowane „stare, dobre czasy.”

Cechą charakterystyczną takich wypowiedzi jest to, iż wydają się sycić umysł; innymi słowy, myśli te można rozpoznać po tym, iż przestajemy przez nie myśleć. Człowiek, który chwalił postęp nie uważa za konieczne czynić dalszych postępów. Człowiek, który odrzucił dany zarzut ze względu na to, iż jest to zarzut starej daty, sam nie odczuwa potrzeby, by powiedzieć cokolwiek nowego. Rad jest powtarzać treści tłumaczeń istniejącego stanu rzeczy i wydaje się niezdolnym do jakichkolwiek dodatkowych refleksji na ten temat. Zauważmy teraz, że w rzeczywistości istnieje szereg dodatkowych myśli, które przedmiot rozważań mógłby nam zasugerować. Oczywiście, prawdą jest, że zjawisko upadku państwa w różnych epokach głosiło wiele osób, a niektóre z nich były niestety poetami. W związku z tym, na przykład notorycznie humorzasty i melodramatyczny Byron[1], w ten czy inny sposób pojął, że greckie wyspy podczas ostatnich dni panowania tureckiego cieszyły się mniejszą świetnością w walce i sztuce, niż w czasach bitwy pod Salaminą[2] czy też Republiki Platona. Wordsworth[3] znowuż w sposób równie sentymentalny zdaje się sugerować, że Republika Wenecka nie była równie potężna, gdy Napoleon deptał ją jak ledwie tlący się węgielek, jak wówczas, gdy handel jej i sztuka wypełniały morza świata pożarem kolorów. Wielu pisarzy w XVIII i XIX wieku posunęło się nawet tak daleko, aby sugerować, że postępowa Hiszpania odgrywała drugoplanową rolę, w porównaniu z Hiszpanią czasów odkrycia Ameryki, lub zwycięstwa pod Lepanto[4]. Ci zaś, którym jeszcze bardziej brakuje tego optymizmu, który jest duszą handlu, dokonali równie przewrotnego porównania wcześniejszych i późniejszych warunków handlowych arystokracji holenderskiej. Jacyś ludzie utrzymywali nawet, że Tyr i Sydon[5] nie są równie modne jak kiedyś; a pewnego razu ktoś napomknął o „ruinach Kartaginy. ”

Używając nieco prostszego języka można powiedzieć, że argument ten zawiera bardzo dużą i oczywistą lukę. Gdy ktoś powie: „W społeczeństwach, które nie chyliły się ku upadkowi, lecz nawet postępowały w rozwoju, ludzie byli równie pesymistyczni, jak ty”, można odpowiedzieć: „Tak, w społeczeństwach, które naprawdę upadły ludzie byli prawdopodobnie takimi samymi jak ty optymistami.” Przecież ostatecznie istniały społeczeństwa, które rzeczywiście upadły. Prawdą jest, iż Horacy powiedział, że każde pokolenie wydaje się być gorszy od poprzedniego[6], a także dawał do zrozumienia, że Rzym schodził na psy w chwili, gdy orły[7] podbijały cały świat zewnętrzny. Ale jest całkiem prawdopodobne, że ostatni zapomniany poeta sądowy, chwaląc ostatniego Augustulusa[8] w zimnym sądzie Bizancjum zaprzeczał wszystkim wywrotowym plotkom na temat społecznego upadku dokładnie tak, jak czynią to nasze gazety, twierdząc, że przecież Horacy wcześniej mówił to samo. Możliwe jest też, że Horacy miał rację, że to w jego czasach skręcono w drogę prowadzącą od Horacjusza[9] na moście do Herakliusza[10] w pałacu; że jeśli Rzym nie tak od razu schodził na psy, to psy przybywały do Rzymu, a ich odległe wycie po raz pierwszy dało się słyszeć w tej godzinie podniesionych orłów; że zaczął się długi rozwój, który był również długim upadkiem, i który zakończył się w Wiekach Ciemnych. Rzym natomiast wrócił do Wilczycy[11].

Uważam, że pogląd ten jest co najmniej do utrzymania, choć tak naprawdę nie odzwierciedla on mojego stanowiska; jest jednak wystarczająco zasadny, by odeprzeć próby zbycia go bezwartościową wesołością bieżącej maksymy. Takie zjawisko jak upadek społeczny istniało i może zaistnieć; a jedyne zasadne w dowolnym momencie pytanie to, czy Bizancjum upadło, czy też ku upadkowi chyli się Wielka Brytania. Innymi słowy, musimy ocenić każdy z takich przypadków domniemanego zwyrodnienia w oparciu o jego specyficzną istotę. Nie będzie dobrą odpowiedzią stwierdzenie, które jest oczywiście doskonale prawdziwe, że niektórzy ludzie do takiego pesymizmu są skłonni z natury. Nie sądzimy bowiem ich samych, lecz sytuacje, które oni oceniali właściwie lub błędnie. Możemy powiedzieć, że chłopcy nigdy nie lubili chodzić do szkoły. Istnieje jednak coś takiego, jak zła szkoła. Możemy powiedzieć też, że rolnicy zawsze narzekali na pogodę. Istnieje jednak coś takiego, jak złe plony. Musimy zatem wziąć pod uwagę fakty, a nie uczucia rolnika kiedy pytamy, czy jest prawdopodobne, że świat moralny współczesnej Anglii wyda z siebie złe plony.

Dlatego też powody, dla których aktualny problem Europy, a zwłaszcza Anglii, uważamy za jak najbardziej groźny i tragiczny, są całkowicie obiektywne i nie mają nic wspólnego z tym domniemanym nastrojem melancholijnej reakcji. Obecny system, czy nazwiemy go kapitalizmem, czy też czymkolwiek innym, zwłaszcza ten istniejący w krajach uprzemysłowionych, już stał się niebezpieczeństwem, a bardzo szybko zmienia się w śmiertelną pułapkę. Zło jest widoczne w najzwyczajniejszym doświadczeniu prywatnym i w najbardziej oziębłej nauce ekonomii. Zbadajmy je najpierw praktycznie, jest ono nie tylko czymś zaledwie domniemanym przez wrogów systemu, lecz czymś deklarowanym przez jego obrońców. Obecnie, w sporach pracowniczych to nie zatrudnieni, lecz pracodawcy oświadczają, iż z firmą jest nie najlepiej. Przedsiębiorca odnoszący sukcesy nie powołuje się na swój sukces, ale ogłasza upadłość. Argument na rzecz kapitalistów jest argumentem przeciw kapitalizmowi. Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że propagator kapitalizmu musi uciekać się do socjalistycznej retoryki. Głosi jedynie, że górnicy i kolejarze muszą nadal pracować „w interesie społeczeństwa.” Będzie mi wolno zauważyć, że kapitaliści w tym miejscu nigdy nie posługują się argumentem własności prywatnej. Ograniczają się wyłącznie do takiej właśnie sentymentalnej odmiany ogólnej odpowiedzialności społecznej. To zabawne, gdy czytamy jak prasa kapitalistyczna opisuje socjalistów, którzy sentymentalnie błagają o oszczędzenie „nieudaczników.” Dziś naczelnym argumentem prawie każdego kapitalisty podczas każdego strajku jest to, iż on sam stoi u progu porażki.

Wobec tego prostego argumentu w gazetach, które piszą o niebezpieczeństwie socjalizmu i strajków, wnoszę swój prosty sprzeciw . Sprzeciwiam się, ponieważ ich argument prowadzi wprost do socjalizmu. Sam z siebie nie może prowadzić do niczego innego. Jeśli robotnicy mają wracać do pracy przez wzgląd na interes publiczny, to jedyny możliwy wniosek jest taki, że powinni być oni sługami władzy publicznej. Jeśli rząd powinien działać w interesie publicznym, a na ten temat nie można już nic powiedzieć, to oczywiście rząd powinien przejąć też cały biznes i nie pozostanie już nic do zrobienia. Nie uważam, by sprawa była równie prosta, jednak oni tak właśnie myślą. Nie sądzę, by argument za socjalizmem był rozstrzygający. Jednak zdaniem antysocjalistów argument za socjalizmem jest dość rozstrzygający. Należy brać pod uwagę samo społeczeństwo, a rząd może uczynić wszystko, tak długo, jak na nie zważa. Przypuszczalnie może zlekceważyć wolność pracowników zmuszając ich do pracy, być może w łańcuchach. Prawdopodobnie może też zlekceważyć własność pracodawców i opłacić za nich proletariat, w razie potrzeby z ich własnych kieszeni. Wszystkie te konsekwencje wynikają z wysoce bolszewickiej doktryny, którą na co dzień wykrzykuje nam w twarz kapitalistyczna prasa. To wszystko, co mają do powiedzenia; a jeśli to jedyna rzecz, którą można powiedzieć, to wymienione działania są wszystkim, co można zrobić.

W ostatnim akapicie zauważyliśmy, że jeśli mielibyśmy zostać zdani na logikę pisarzy wiodących w temacie socjalistycznego zagrożenia, to mogliby oni nas jedynie doprowadzić wprost do socjalizmu. A skoro niektórzy z nas w sposób jak najbardziej szczery i energiczny odmawiają bycia doprowadzonymi do socjalizmu, już dawno temu wybraliśmy alternatywę trudniejszą, polegającą na tym, by rzeczy przemyśleć. Jeśli nie wysilimy się na to, aby wyjść poza bezpośrednie rozdrażnienia i dostrzec sytuację w jej pełni to na pewno skończymy w socjalizmie, lub czymś jeszcze gorszym, co nazwane będzie socjalizmem, albo w najzwyczajniejszym chaosie i ruinach. System kapitalistyczny, dobry czy zły, słuszny czy błędny, opiera się na dwóch pomysłach: że bogaci zawsze będą wystarczająco bogaci, aby zatrudnić ubogich, natomiast ubodzy zawsze będą na tyle ubodzy, by wyrażać chęć bycia zatrudnionymi. Zakłada on jednak również, że strony ze sobą negocjują, a żadna z nich nie myśli przede wszystkim o społeczeństwie. Właściciel omnibusu nie działa dla dobra całej ludzkości, mimo iż braterstwo powszechne obwieszcza nam łacińska nazwa pojazdu. Prowadzi firmę w celu osiągnięcia zysku, a człowiek biedniejszy zgadza się prowadzić ten wehikuł za wynagrodzeniem. Również konduktora w zatłoczonym omnibusie nie wypełnia abstrakcyjne i ofiarne pragnienie ogłady pasażerskiej zamiast tęsknoty za pociemniałą laską do chodzenia[12]. Nie pragnie on zaprowadzać porządku w omnibusach, bo zachowanie człowieka to trzy-czwarte życia[13]. Pertraktuje, by uzyskać możliwie jak najwyższą płacę. Argument za kapitalizmem głosił, że dzięki tym negocjacjom tak naprawdę zyskuje społeczeństwo. I było tak przez jakiś czas. Jednak cały pierwotny argument za kapitalizmem wali się zupełnie, jeśli będziemy musieli poprosić jedną, lub drugą stronę, by nie ustawały w działaniach dla dobra społeczeństwa. Jeśli kapitalizm nie może zapłacić tyle, by skusić ludzi do pracy, to w świetle własnych kapitalistycznych zasad jest bankrutem. Jeśli kupiec herbaty nie może opłacić urzędników, a bez nich nie może importować herbaty, to firma jego bankrutuje i kończy działalność. Nikt w czasach dawnego kapitalizmu nie mówił, że urzędnicy mają pracować za mniej, aby biedna starsza pani mogła dostać filiżankę herbaty.

Zatem tak naprawdę to prasa kapitalistyczna, w oparciu o kapitalistyczne zasady dowodzi, że kapitalizm dobiegł końca. W innym przypadku nie byłoby konieczne czynienie społecznych i sentymentalnych odwołań, które to praktykują. Nie byłyby konieczne ich apele o interwencję rządu, jak to mają w zwyczaju czynić socjaliści. Nie musieliby powoływać się na dyskomfort pasażerów, wzorem sentymentalistów, czy ofiarników. Prawda jest taka, że każdy porzucił dziś argument, na którym opierał się cały dawny kapitalizm: argument, że jeśli tylko pozostawimy wszystkich, by w pojedynkę ze sobą pertraktowali, to automatycznie skorzysta na tym całe społeczeństwo. Musimy znaleźć nową podstawę jakiegoś rodzaju; a szeregowi konserwatyści szukają podpory w komunistycznych fundamentach, nawet o tym nie wiedząc. Z całym szacunkiem odmawiam opierania się na komunistycznych fundamentach. Jestem jednak pewien, że zupełnie niemożliwe jest ciągłe uciekanie się do podstaw starego kapitalizmu. Osoby usiłujące tak czynić obwiązują się supłami nie do rozwiązania. Co dzień sprzeczność tę zdradzają sprawy najbardziej praktyczne i naglące. Na przykład, gdy wielki biznes doświadcza dużych strajków lub lokautów, dajmy na to w kopalniach, zawsze zapewnia się nas, że nie da się zaoszczędzić żadnych znacznych kwot przez ograniczenie zysków prywatnych, ponieważ zyski te są teraz bez znaczenia, a omawiana branża na chwilę obecną nie powoduje wielkiego wzrostu bogactwa garstki osób. Jakakolwiek by nie była wartość tego argumentu, to oczywiście niszczy on całkowicie argument ogólny. Argument ogólny kapitalizmu i indywidualizmu jest taki, że ludzie pozbawieni znaczących nagród na loterii, nie zaryzykują. We wszystkich debatach socjalistycznych znamy to jako „motyw zysku.” Lecz jeśli nie istnieją żadne korzyści, to z pewnością brakuje też motywacji. Jeśli tylko zyski spekulacyjne właścicieli licencji i udziałowców będą niepewne lub wątpliwe, to wydaje się, że równie dobrze ich fortuny mogą zmaleć do poziomu skromnych majątków, którymi cieszą się żołnierze lub urzędnicy państwowi. Swoją drogą, nigdy nie rozumiałem dlaczego debatujący przeciw socjalizmowi torysi tak bardzo chcieli udowodnić, że „urzędnicy państwowi” muszą być niekompetentni i zobojętniali. Choć oczywiście do innych osób może należeć wskazanie na ospałość Nelsona[14], albo nudną rutynę, którą kierował się Gordon[15].

Jednak ten upadek indywidualizmu przemysłowego, który jest nie tylko upadkiem ale i sprzecznością (ponieważ musi zaprzeczać swym najpopularniejszym maksymom), choć widoczny najbardziej w naszym kraju, nie jest jedynie specyficznym wypadkiem naszych uwarunkowań. Każdy, kto potrafi myśleć przy pomocy tych bardzo praktycznych rzeczy jakimi są teorie, dostrzeże, że w systemie tym paraliż jest prędzej czy później nieunikniony. Kapitalizm to sprzeczność, a nawet oksymoron. Dużo czasu zajmuje całkowite odwrócenie wektorów, a jeszcze dłużej dostrzeżenie, że tak się stało, jednak teraz zatoczono już pełen okrąg.  Gdy kapitalizm staje się kompletny, pojawia się w nim sprzeczność, bowiem jednocześnie odnosi się do ludzi na dwa, wykluczające się sposoby. Gdy większość ludzi pracuje w zamian za pensje, to większości tej coraz trudniej jest być klientami. Ponieważ kapitalista zawsze usiłuje obniżyć wymogi swego sługi,  redukuje tym samym to, co zdolny jest wydać jego klient. Gdy tylko firma znajdzie się w jakichkolwiek trudnościach, co widać dziś w branży węgla, usiłuje zredukować wydatki na płace i w ten sposób uszczupla kwotę, którą inni mogliby przeznaczyć na zakup węgla. Pragnie on, aby ten sam człowiek był jednocześnie biedny i bogaty. Owa sprzeczność w kapitalizmie nie pojawia się we wcześniejszych etapach, ponieważ istnieją jeszcze populacje nie zredukowane do wspólnych proletariackich kryteriów. Jednak kiedy tylko bogaci jako całość zatrudniają całość pracowników najemnych, sprzeczność ta spogląda im w twarz, niczym ironiczny sąd i fatum. Relacje między pracodawcą i pracownikiem zostają uproszczone i krzepną, niczym relacje Robinsona Crusoe i Piętaszka. Crusoe może powiedzieć, że ma dwa problemy: kwestię dostaw taniej siły roboczej i perspektywę handlu z tubylcami. Ale skoro na te dwa odmienne sposoby traktuje tego samego człowieka, nieuchronnie popadnie w zamęt. Robinson Crusoe, jako biały człowiek posiadający całą broń może ewentualnie zmusić Piętaszka do pracy w zamian za nic więcej, jak samo utrzymanie. Niczym Geddes[16], może poczynić oszczędności siekierą. Nie może jednak ograniczyć wynagrodzenia Piętaszka do zera, a następnie oczekiwać, by ten ofiarował mu złoto, srebro i perły orientalne w zamian za rum i karabiny. Zauważmy teraz, że im bardziej kapitalizm ogarnia całą ziemię, łączy duże populacje i podlega władzy systemów centralnych, tym bardziej przypomina sytuację samotnych postaci na bezludnej wyspie. Jeśli handel z tubylcami rzeczywiście maleje, co wymaga obniżki tubylczych wynagrodzeń, możemy powiedzieć tylko, iż sprawa jest tragiczna gdy pretekst ten jest prawdziwy raczej niż zmyślony. Możemy powiedzieć jedynie, że Crusoe jest teraz rzeczywiście sam, natomiast Piętaszek ma niewątpliwie pecha.

Myślę, że to bardzo ważne, by ludzie zrozumieli, że za przemysłowymi bolączkami współczesnej Anglii stoi pewna zasada; i niezależnie od tego, kto ma rację, bądź się myli w jakiejkolwiek konkretnej dyspucie, to nie konkretna osoba, czy partia odpowiada za to, że nasz komercyjny eksperyment szwankuje. Chodzi bowiem o błędne koło, w którym społeczeństwo najmitów w końcu utonie, gdy zacznie tracić zyski i obniżać płace; i choć niektóre kraje uprzemysłowione są nadal wystarczająco zasobne, by to napięcie ignorować, to tylko dlatego, że postęp ich jest niekompletny, a po osiągnięciu celu odkryją łamigłówkę. W naszym kraju, co też większości z nas dotyczy najbardziej, popadamy już w to błędne koło malejących płac i spadającego popytu. To, co mam zamiar tutaj zaproponować, jakkolwiek w sposób pobieżny, to metoda ucieczki z tych zatrzaskujących się powoli sideł, a ponieważ znam pospolite opinie wygłaszane nieraz o takich sugestiach, stanowi to powód, by na tym etapie czytelnikowi o wszystkich tych rzeczach przypomnieć.

„Bezpieczne! Oczywiście, że to nie jest bezpieczne! To skromna szansa na oszukanie szubienicy.” Tak brzmiał gwałtowny okrzyk kapitana Wicksa z romansu Stevensona[17], a ten sam romantyk włożył podobny przypływ szczerości w usta Alana Brecka Stewarta: „Pamiętaj jednak, że niełatwe jest to zamierzenie. Przygotuj się na wielkie trudy o głodzie i chłodzie. To samo co dzikie ptactwo będziesz miał posłanie, żyć będziesz jak ścigany jeleń i spać nie wypuszczając z rąk broni. Nieraz znużone nogi odmówią ci posłuszeństwa, ale inaczej nie zdołamy umknąć. Powiadam ci to na początku, bo takie życie dobrze mi jest znane. Lecz jeśli mnie zapytasz, czy jest inne wyjście, odpowiem: nie ma żadnego.”[18]

Sam jestem czasami skłonny mówić tak gwałtownie, szczególnie po wysłuchaniu długich i troskliwych wywodów poddających w wątpliwość szczegółowe zwieńczenie państwa dystrybutywnego, w porównaniu z obfitym szczęściem i ostatecznym wytchnieniem, które wieńczą dziś kapitalistyczne państwo przemysłowe. Ludzie pytają nas, co powinniśmy począć z niewykwalifikowanymi robotnikami w dokach, i co mamy do zaoferowania w miejsce promiennej popularności Lorda Devonport i trwałego pokoju przemysłowego w londyńskim porcie. Pytający nas, co uczynimy w kwestii doków, wydają się rzadko pytać siebie, co doki uczynią z nimi, jeśli handel będzie nadal maleć, jak miało to miejsce w wielu miastach handlowych w przeszłości. Inni ludzie pytają nas, jak postąpimy z robotnikami posiadającymi udziały w przedsiębiorstwach, które mogą zbankrutować. Nigdy nie przyjdzie im na myśl, by na własne pytanie udzielić odpowiedzi w państwie kapitalistycznym, w którym firmy bankrutują jedna po drugiej. My musimy zajmować się najmniej prawdopodobnymi sytuacjami w  społeczeństwie prostszym i bardziej statycznym, podczas gdy oni, we własnym, skomplikowanym i upadającym społeczeństwie pomijają kwestie największe i najbardziej rażące fakty. Są nad wyraz ciekawi szczegółów naszego systemu, chcąc przedwcześnie rozwinąć kazuistykę wszystkich możliwych wyjątków. Brakuje im jednak odwagi, by w twarz spojrzeć własnym systemom, w których ruiny stały się regułą. Inni znowuż pytają, czy w naszej utopii maszyny zajmą miejsce eksponatów w muzeum, zabawek w przedszkolu, czy też przykładów „realizacji XX wiecznych tortur” wystawianych w gabinecie okropności[19]. Jednak ci, którzy pytają niecierpliwie, jak ludzie mieliby pracować bez maszyn, nie mówią nam nic o tym, jak maszyny mają pracować pozbawione obsługujących je ludzi, albo też jak mają pracować maszyny lub ludzie w sytuacji ogólnego braku pracy. Tak bardzo chcieliby poznać słabe punkty w naszej propozycji, że jeszcze nie zdążyli odkryć żadnych mocnych stron własnej praktyki. Dziwne jest to, że nasza próżna i sentymentalna wizja realistom tym wydaje się tak bardzo żywa, że dostrzegają jej każdy szczegół, a własną rzeczywistość widzą tak niewyraźnie, że nie widzą jej w ogóle; nie dostrzegą najbardziej oczywistego i przytłaczającego faktu: że już jej tam nie ma.

Ponury, a nawet przerażający dowcipy bieżącej sytuacji polega na tym, że ten zarzut, który zawsze nam stawiają, odnosi się w sposób szczególny i osobliwy do nich samych. Powiadają nam wciąż, że jesteśmy przekonani o możliwości powrotu do przeszłości, do dawnej barbarzyńskiej prostoty i przesądu; zupełnie jakby myśleli, iż chcemy wrócić do IX wieku. Oni jednak uważają naprawdę, że władni są przywrócić wiek XIX. Nieustannie powtarzają nam, że ta, czy tamta tradycja odeszła już w niepamięć, że to, czy tamto rzemiosło lub wyznanie przepadło już z kretesem; nie ośmielą się jednak zmierzyć z faktem, że na zawsze odszedł ich wulgarny i agresywny handel. Nazywają nas reakcjonistami, gdy mówimy o odrodzeniu wiary, lub o odrodzeniu katolicyzmu. Sami zaś dalej, ze spokojem wieszczą w nagłówkach odrodzenie handlu. Jakiż to lament z odległej przeszłości! Cóż za wołanie z grobowca! Nie mają najmniejszego powodu, by wierzyć w odrodzenie handlu, z wyjątkiem tego, że ich pradziadowie za niemożliwą uznaliby wiarę w jego upadek. Nie posiadają wyobrażalnych podstaw, by sądzić, że będziemy się bogacić, poza tym, że przodkowie nie przygotowali nas na widmo pauperyzacji. Jednak to oni zawsze obwiniają nas o poleganie na sentymentalnych tradycjach i mądrości przodków. To oni odrzucają wciąż społeczne ideały tylko dlatego, że były to ideały jakiegoś wcześniejszego wieku. Bajdurzą nieustannie, że młyn zasilany dawną wodą nigdy już nie będzie mielił ; nie dostrzegają jednak, że ich własne młyny stoją już bezczynne, nie mieląc nic w ogóle – niczym ruiny młynów z wczesno-wiktoriańskich krajobrazów wodnych,  jak ulał pasujących do ich wodolejstwa. Komunikują nam nieprzerwanie, iż walczymy przeciw prądom czasu, jak Pani Partington zwalczająca mopem morskie fale[20]. Nawet nie widzą, że czas uczynił z Pani Partington postać równie przestarzałą jak z Matki Shipton[21]. Zawsze mówią nam, że stawiając opór kapitalizmowi i komercjalizmowi jesteśmy niczym strofujący fale Kanut[22], jednak nawet nie wiedzą że, Anglia Cobdena[23] jest już równie martwa, jak Anglia Kanuta. Zawsze starają się nas zatopić, czy zmieść z powierzchni męczącymi i mętnymi metaforami prądów czasu; jak gdyby tylko mogli wstrzymać bieg rzek, które już dawno zostawiły za sobą nasze miasta, bądź też trójzębem byli w stanie zawezwać posłuszne siedem mórz; albo też złotem dla nielicznych, a żelazem dla wielu, skrępować raz jeszcze ryczącą rzekę Clyde.

Możemy pokusić się o okrzyk kapitana Wicksa. Nie wybieramy między możliwym rolnictwem, a udanym handlem. Wybieramy między rolnictwem, które może odnieść sukces, a handlem, który już zawiódł. Nie dążymy do tego, by odwrócić ludzi od dobrze prosperujących firm, w kierunku jakichś wakacji w Arkadii, lub wiejskiego rodzaju utopii. Staramy się czynić sugestie odnośnie tego, jak rozpocząć od nowa, po tym jak upadające przedsiębiorstwo naprawdę bankrutuje. Nie widzimy powodów, dla których handel angielski miałby odzyskać swą XIX-wieczną wyższość, poza wiktoriańskim sentymentalizmem i tym szczególnym rodzajem kłamstwa, które gazety nazywają „optymizmem.” Wyśmiewają nas za próby przywrócenia warunków panujących w średniowieczu, zupełnie tak, jakbyśmy chcieli przywrócić średniowieczne łuki i zbroje. Cóż, hełmy już powróciły; zbroje mogą powrócić, a łuki i strzały muszą powrócić na długo zanim będzie możliwy jakikolwiek powrót do tej szczęśliwej chwili, której radością żyją. Jest zupełnie prawdopodobne, że długi łuk w wyniku jakiegoś wypadku uznany zostanie za lepszy od karabinu, a okręt wojenny będzie panował na morzach bez jakichkolwiek odniesień do samolotu. System handlowy zakładał bezpieczeństwo naszych szlaków handlowych, a w domniemaniu również i wyższość naszej floty narodowej. Każdy, kto przygląda się faktom wie, że lotnictwo zmodyfikowało całą teorię bezpieczeństwa morskiego. Cały ten wielki i okropny problem dużej ilości ludzi na niewielkiej wyspie, którzy zależni są od niezabezpieczonych dostaw z zewnątrz jest problemem kapitalistów i kolektywistów, a nie dystrybutystów. My nie wybieramy między różnymi modelowymi wioskami, będącymi częścią nieskazitelnego systemu planowania przestrzennego. Robimy wypad z oblężonego miasta, miecz w dłoń, to wypad z ruin Kartaginy. „Bezpieczne! Oczywiście, że to nie jest bezpieczne! ” powiedział kapitan Wicks.

Uważam, że w każdym przypadku nie będzie czymś niestworzonym, jeżeli prostsze życie do nas powróci, nawet jeśli miałby to być powrót szlakiem ruin. Myślę, że dusza znów odnajdzie prostotę, jeśli znajdzie się w wiekach spowitych mrokiem. Jesteśmy jednak chrześcijanami, mamy dusze, ale też i ciała; jesteśmy Anglikami i nie pragniemy, jeśli możemy temu zapobiec, by Anglicy znani byli jedynie jako ludzie z ruin. Jak najgoręcej pragniemy natomiast, by na poważnie rozważyć, czy nie możemy transformacji tej przeprowadzić w świetle rozumu i tradycji; czy nie możemy jeszcze w sposób celowy i właściwy uczynić tego, co nasz nemezis zrobi rozrzutnie i bez litości; czy nie możemy zbudować mostu z śliskiego zbocza ku ziemi wolnej i pewniejszej, jeszcze bez wyrażenia zgody na to, by nasz najbardziej szlachetny naród musiał stoczyć się w tę dolinę upokorzenia, w której narody znikają z historii. W tym właśnie celu, z wielkim przekonaniem o słuszności naszych zasad, a także bez jakiegokolwiek wstydu co do otwarcia się na argumenty dotyczące ich zastosowania, naszych towarzyszy zawezwaliśmy do narad.

Gilbert Keith Chesterton

przekład: Paweł Kaliniecki

G.K. Chesterton, OUTLINE OF SANITY, The Peril of the Hour, 1927.

[1] George Gordon Byron (1788-1824) – wybitny angielski poeta i dramaturg, bezpośrednio zaangażowany w wojnę o niepodległość Grecji przeciwko Turkom osmańskim (1821-1832),  autor wiersza The Isles of Greece.

[2] Jedna z najsłynniejszych bitew w historii wojen perskich, w cieśninie pod wyspą Salaminą flota grecka pokonała przeważające siły perskie. Wydarzenia te miały miejsce w roku 480  a.Ch.n  – ante Christum natum (łac. przed urodzeniem Chrystusa)

[3] William Wordsworth (1770-1850), angielski poeta, jeden z prekursorów romantyzmu, autor sonetu  On the Extinction of the Venetian Republic, w którym ubolewa nad decyzją Napoleona Bonapartego, by Republiką Wenecką podzieliły się Austria i Francja.

[4] Bitwa morska pod Lepanto (1571) zakończyła się zwycięstwem Ligi Świętej nad Imperium osmańskim. Chesterton uwiecznił to wydarzenie pięknym wierszem.

[5] Tyr i Sydon – w starożytności portowe miasta fenickie, zajęte następnie przez Aleksandra Wielkiego, w Nowym Testamencie często występują razem np. Mk 3,8; Mt 15,21; Dz 27,3.

[6] Aetas parentum peior avis tulit nos nequiores, mox daturos progeniem vitiosiorem (Ody, Ks. III, R.VI:45)

[7] Aquila – srebrne, bądź złote insygnium w kształcie orła, którym posługiwały się rzymskie legiony.

[8] Flawiusz Romulus Augustus (463-507) – ostatni cesarz zachodniorzymski.

[9] Horacjusz Kokles (łac. Cocles – Jednooki) – legendarny bohater rzymski, który w 509 a.Ch.n w wojnie przeciw Etruskom obronić miał w pojedynkę ważny most na Tybrze.

[10] Flawiusz Herakliusz Augustus (575-641) – cesarz bizantyński, zmienił język urzędowy z łaciny na grekę.

[11] Lupa Capitolina (Wilczyca Kapitolińska) – symbol Rzymu.

[12] Chesterton prawdopodobnie czyni w tym miejscu aluzję do fragmentu wiersza pt. The Rape of the Lock autorstwa Alexandre’a Pope’a (1688-1744), gdzie padają następujące słowa: „Sir Plume, of amber snuff-box justly vain / And the nice conduct of a clouded cane”. Jak podaje  Dictionary of Phrase and Fable, E. Cobham Brewer, (1894) takie wykonane z malaki laski były bardzo modne w pierwszej połowie XIX wieku.

[13] Chesterton kontynuuje zabawę słowem conduct, czyniąc tym razem aluzję do uwagi  Matthew Arnolda (1822-1888), który powiedzieć miał: „Conduct is three-fourths of our life and its largest concern.”

[14] Horatio Nelson (1758-1805) – słynny angielski admirał, zginął w bitwie pod Trafalgarem.

[15] W obu przypadkach jest to ironia, a zarówno Nelson jak i Gordon nie zaliczali się do apatycznych mruków. Chesterton o postaci generała Charles’a Gordona (1833-1885) pisał z sympatią w dziele Lord Kitchener (1917).  Gen. Gordon w latach 1877-1879 pełnił funkcję gubernatora Sudanu.

[16] Sir Eric Cambell Geddes (1875-1937) – przedsiębiorca i polityk angielski, autor kontrowersyjnego programu cięć budżetowych, znanego jako „topór Geddesa”.

[17] Robert Louis Stevenson i Lloyd Osbourne, The Wrecker (1892), przekł. tłum.

[18] Robert Louis Stevenson, Kidnapped (1886), pol. Porwany za młodu (1956), przekł.Jan Meysztowicz.

[19] Sala w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud w Londynie.

[20] Nawiązanie do postaci z książki B. P. Schilladera The Life and Sayings of Mrs. Partington (1854), która podczas sztormu w Sidmouth próbowała bezkutecznie odeprzeć mopem Atlantyk.

[21] Ursula Southeil (1488–1561) – wieszczka angielska, która miała przepowiedzieć m.in. śmierć kard. Thomasa Wolsey’a, czy też wielki pożar Londynu.

[22] Kanut Wielki (995-1035) – król Danii, Anglii i Norwegi, zarządca Szelzwiku i Pomorza. W XII w. Henry z Huntington zilustrował królewską pokorę historią, w której schlebiającym dworzanom król ukazuje własną niemoc, rozkazuje falom, by się cofnęły, a gdy to nie następuje, udziela pouczenia: „Learn how feeble is the power of earthly kings. None is worthy the name of king but He whom heaven and earth and sea obey.”

[23] Richard Cobden (1804-1865) – liberalny polityk angielski, członek  Anti-Corn Law League.