Słowo od tłumacza (H. Belloc – Państwo niewolnicze)

Właściwie, nie powinienem napisać tutaj ani słowa.

Oto bowiem na naszych oczach dokonuje się rzecz niemalże epokowa (w mini-, no – powiedzmy – mikro-skali, ale każda dusza jest centrum dziejów); oddajemy w ręce Czytelnika dzieło historyczne, pod wieloma względami przełomowe, dzieło fundamentalne dla całego ruchu dystrybucjonistycznego. Książkę-skandal, idącą całkowicie pod prąd wszystkich tendencji społecznych i dziejopisarskich swojego czasu.

I trudno nie odnieść wrażenia, że naszego również.

Nie mam zamiaru, rzecz jasna, niczego tutaj streszczać ani odbierać Czytelnikom przyjemności osobistych odkryć (sam Belloc robi to zresztą wystarczająco dobrze – i owszem, ta dwuznaczność jest zamierzona). Postaram się natomiast, prywatnym obyczajem, wskazać na jeden przynajmniej aspekt problemu, który – jak ufam – może stać się dla niektórych pewną inspiracją w procesie odbioru, który to, mimo mylącej nazwy, jest zawsze sprawą głęboko osobistą i głęboko twórczą.

Publikowaliśmy już w ramach inicjatywy Chesterton Polska świetne dzieło Artura Penty’ego (1875-1937), Odrodzenie ustroju cechowego. Penty, można powiedzieć, to zatem jedna strona medalu; Belloc zaś – to druga strona medalu.

Penty wywodził się z ruchu fabiańskiego (angielski socjalizm ewolucyjny, powiedzmy) i choć potem wykonał – że tak powiem – „gwałtowny skręt w prawo”, to metodologicznie, jak każdy człowiek, czerpał głównie z tych dzieł, które go intelektualnie ukształtowały. Dlatego też zawsze podkreślał swój duży szacunek do dzieł Karola Marksa – i zawsze patrzył na rozwój życia społecznego przede wszystkim z perspektywy „bazy materialnej”. Dla niego, wszystko, co najistotniejsze, rozgrywało się na płaszczyźnie zmian w dziedzinie metod produkcyjnych. Stąd też brał się jego relatywny optymizm. Kapitalizm zaczął się wraz z niekontrolowaną produkcją maszynową, a więc skończy się wraz z niekontrolowaną produkcją maszynową. Regulacja zasad korzystania z „wielkiej maszynerii” odbierze mentalności kapitalistycznej fundament, na którym się ona opiera, koncentracja kapitału się skończy, i społeczeństwo wejdzie na drogę uzdrowienia, I istotnie, takie właśnie diagnozy znaleźć można choćby w innej książce tegoż autora, pt. Post-industrializm (1922). Ustanowienie tzw. „cechów narodowych” (termin własny angielskich zwolenników korporacjonizmu) i porządkujący wpływ, jaki wywrą na sferę wytwórczą, pozwoli uwolnić się naturalnym ludzkim energiom, dążącym przecież do szczęścia i dobrobytu, przekształcić życie zbiorowe tak, by na powrót stało się bardziej znośne.

W tym momencie właśnie, na scenę wchodzi Belloc, i mówi: „Wszystko jest spójne, i wydaje się proste, ale takie – mianowicie: proste – nie jest”.

Autor ten postrzegał bowiem życie społeczne z zupełnie innej perspektywy. To zresztą niezmiernie pouczająca lekcja na temat subtelności głębinowych różnic idei. „Materialnie” bowiem, programy obu panów były bardzo podobne. Ale wobec optymistycznych diagnoz Penty’ego, Belloc wytoczyłby zapewne jeden kontrargument, zmieniający radykalnie oblicze rzeczy: być może to i prawda, że przywrócenie systemu cechowego mogłoby znacznie uzdrowić życie społeczno-gospodarcze Anglii; tylko cały witz w tym, że Anglii nie interesuje przywrócenie ustroju cechowego. Interesuje ją natomiast inna opcja, do realizacji której zmierza pełną parą. Na poły nieświadomie, fakt. Ale jednak realnie.

Cóż to za opcja? I dlaczego wydaje się ona Anglii kapitalistycznej tak bardzo atrakcyjna? Znalezienie odpowiedzi na te dwa pytania to jedno z najważniejszych zadań, jakie wyznaczył sobie Belloc w niniejszym dziele.

Stroniąc zatem od „marksizujących” metod badań dziejowych, osiąga Belloc niezwykłe rezultaty, które dla wielu mogą okazać się (jak dla mnie się okazały, na przykład) bardzo odkrywcze. Znajdziemy tutaj zatem znakomite syntezy historyczne, ukazujące prawdopodobny schemat rozwoju instytucji niewolnictwa w świecie antycznym; proces kształtowania się gospodarki średniowiecznej; proces rozkładu tej gospodarki, ze wszystkimi jego konsekwencjami; wreszcie – proces rozkładu gospodarki kapitalistycznej. To tu właśnie Belloc błyszczy i ujawnia niespotykaną bystrość umysłu; tak też warto, wydaje mi się, na tę książkę spojrzeć. Często oskarża się Belloca o to, że stawiał trafne diagnozy, ale nie proponował rozwiązań. W sumie prawda – tylko że to nie jest zarzut. Nie proponował rozwiązań, ponieważ zwyczajnie nie wiedział, jakie mogłyby być; szczegółowa akcja polityczna, to rzecz zależna od niepoliczalnych uwarunkowań chwili, sytuacji społecznej, międzynarodowej, charakteru oddolnych ruchów obywatelskich – a także, co tu kryć, od praktycznego geniuszu poważnego polityka. Reformę dystrybucjonistyczną można by przeprowadzić na tysiące sposobów, o większości z których nawet nam się nie śniło. Natomiast reforma taka to zawsze tylko skutek – skutek ogólnej mentalności społecznej. Średniowieczny „proto-dystrybucjonizm” pojawił się zanim zaczęła towarzyszyć mu powszechniejsza odnowa prawna; nigdy się zresztą w pełni nie dokonała, co przesądziło ostatecznie o klęsce tego ustroju. Kapitalizm (i jest to jedna z najcenniejszych obserwacji zawartych w tym dziele) zaczął się przed rewolucją przemysłową – i to on zadecydował o jej kształcie, a nie na odwrót. Dlatego też tym, czym Belloc zajmuje się tutaj przede wszystkim, jest właśnie praca nad zmianą mentalności; chodzi o to, aby pokazać, że dystrybucjonizm nie jest utopią, ale realną możliwością, systemem, który naprawdę kiedyś istniał, i który może istnieć znowu. O ile ludzie zrozumieją, jakie są tego warunki – no i o ile będzie się im chcieć. I jakże zależy Bellocowi, żeby im się chciało.

Oczywiście, nie oznacza to, że czynniki materialne nie mają dla Belloca żadnego znaczenia; absolutnie nie. W pełni uznaje ich wpływ na życie społeczne i analizuje go również z niezrównaną biegłością, jasno wykazując jego znaczenie i siłę (szczególnie w kontekście zagadnienia, które zajmuje go zdecydowanie najbardziej, i zajmowało zresztą całe życie – upowszechnienia, czy dystrybucji, własności prywatnej). Cały problem polega bowiem na tym, że rozwoju historii nie da się analizować w odniesieniu do jednego ledwie typu przyczyn. Zachodzi tutaj niezwykle złożona interakcja różnych żywiołów (idei, środków produkcji, podziału własności, prawa, obyczaju itd.) – i mniemam, że samo to, sama ta perspektywa i umiejętność przybliżania w jakiś sposób tej niezwykle skomplikowanej rzeczywistości może przekonać wielu do przyjęcia za swój tego właśnie sposobu myślenia i analizy, tej „dystrybucjonistycznej metodologii”, antycypującej (i pod wieloma względami przerastającej) późniejsze wytwory chrześcijańskiej filozofii społecznej.

Jak napisałem, nie chcę zdradzać za wiele, tutaj zatem pozwolę sobie zakończyć ten i tak przydługi już wywód. Pewne jest jedno – warto czytać Belloca; warto czytać tę konkretną książkę Belloca. I choć od 1912 do teraz zmieniło się sporo, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele z zawartych tutaj przepowiedni, jeszcze niekoniecznie prawnie (choć również), ale na pewno mentalnościowo, spełnia się na naszych oczach. Oczywiście, Belloc nie miał charyzmatu proroctwa; nie przewidział, jak pokrętne i wyrafinowane formy może przybierać niewolnictwo, jeśli tylko dążący do jego wprowadzenia wykażą się odrobiną sprytu i zrobią użytek z dominujących instynktów społecznych. Tym bardziej wszakże zatem miejmy więc oczy szeroko otwarte i róbmy użytek z doświadczenia wieków, by zmieniać nasze wspólne życie – na lepsze; i rozdmuchać ogień wielkiego chrześcijańskiego dziedzictwa, które, jak wierzę, wciąż tli się jeszcze gdzieś w sercu Europy.

***

Można jeszcze powiedzieć słowo o sprawach samego przekładu.

Powiedział ktoś „styl to sam człowiek”; w wypadku Belloca, maksyma ta sprawdza się w całej rozciągłości. Autor niniejszego dzieła był człowiekiem nerwowym i trudnym, w związku z czym czytelnik może odnosić podczas lektury przedziwne wrażenie, jakby obcował z czymś, by tak rzec, nieco przytłaczającym; mnie (nie mam pojęcia czemu) kojarzy się to z waleniem pięścią w stół. Belloc w każdym zdaniu, w każdy słowie czasami niemal, stara się być tak dobitny, jak to tylko możliwe, i nie zostawiać pola wątpliwościom. Jest to zatem, właśnie, styl ciężki. Natomiast na pewno nie jest to styl słaby. Przeciwnie; angielszczyzna Belloca celuje w precyzji i bogactwie wyrazu, obfituje w środki i metody. Oczywiście, dla tłumacza tym gorzej, niemniej pocieszająca wiadomość jest taka, że od czasu ostatnich moich zmagań z panem B. (Wolna prasa, może ktoś pamięta) znacznie poszerzyłem znajomość kwestii i udało mi się, jak mam nadzieję, znaleźć zestaw nowych rozwiązań, pozwalających nieco „zjadliwiej” oddać w polszczyźnie co bardziej indywidualne elementy pisarskiej „Bellokiady”. Lecz jeśli nawet ktoś się nie przekona, i książka wyda mu się czasami za bardzo męcząca, niech pamięta, jak zrecenzował ją człowiek sprawie dystrybucjonistycznej średnio (powiedzmy) życzliwy, niejaki pan Orwell: „styl jest niesamowicie męczący, ale wszystko, co napisał, się sprawdziło”.

I to jest zresztą właśnie naczelna zaleta tego dziełka: prawda. A dla prawdy, jak można mniemać, warto sporo wycierpieć.

Maciej Wąs,
Sosnowiec,
28 sierpnia 2017 r.,
św. Augustyna, doktora Kościoła

Przeczytaj też: