Remigiusz Okraska: Don Kichot zdrowego rozsądku*

„Ekonomia bez buddyzmu jest jak seks bez miłości”

Ernst Friedrich Schumacher

Gilbert Keith Chesterton, buddyzm i seks?! Już widzę miny tych, dla których GKC to przede wszystkim wielki apologeta chrześcijaństwa i tradycyjnej etyki katolickiej. Mógłbym odpowiedzieć, że skoro nazywano go mistrzem paradoksu, to nie ma przeszkód, by użyć takiego zestawienia. Ale maksyma jego najbardziej twórczego miłośnika, autora słynnej książki „Małe jest piękne”, mówi coś więcej. Przekonuje nas ona, iż nie sposób oceniać żadnego systemu gospodarczego bez uwzględnienia sfery kulturowej danego społeczeństwa. Buddyzm nie jest tu szczególną religią – stanowi symbol tradycji oraz tych aspektów rzeczywistości, które wymykają się prostackim teoriom ekonomicznym, a które są ważniejsze niż prawo popytu i podaży, PKB, deficyt budżetowy czy inflacja.

Zwykłych ludzi i poczucia rozsądku brakuje w standardowych doktrynach, choć ich twórcy sięgają często po „naturalne” uzasadnienia. Główne współczesne teorie nie są jednak ani nauką (a już na pewno nie ścisłą, jak twierdzą niektórzy ekonomiści i ich publicystyczni miłośnicy), ani też przełożeniem powszechnych ludzkich zachowań na język schematów gospodarczych. Zarówno leseferyzm, jak i marksizm są pochodnymi trendów ideologicznych, które dominowały w epoce ich kształtowania się.

Wolnorynkowcy to adepci „biologizmu” – przenieśli na grunt ekonomii wąsko pojmowane odkrycia Darwina i jemu podobnych. Z kolei marksizm naznaczony jest równie spłyconymi wnioskami, zaczerpniętymi z prób zrozumienia zasad rządzących społeczeństwem masowym i przemysłowym. Choć obie doktryny przekonują, że opisują prawidła zachowań człowieka i procesy społeczne, to nie potrafię się oprzeć wrażeniu, iż chodzi tu o zgoła odmienne zbiorowości. Kapitaliści wzorują się raczej na obserwacji zależności między wilczą watahą i stadem jeleni, zaś marksiści za punkt odniesienia przyjęli mrowisko lub termitierę. Jedni i drudzy promują rozwiązania naturalne – i antyspołeczne zarazem. 

Jak to się ma do Chestertona? Ano tak, że on właśnie, jako cokolwiek amatorski i domorosły autor analiz systemu ekonomicznego, wziął sobie za wzorzec nie wilki, nie termity, lecz właśnie ludzi i ich działania. W dodatku spoglądał na nich z sympatią, a może wręcz czułością i umiłowaniem. Jego doktryny, zwanej dystrybucjonizmem, nie sposób w pełni zrozumieć, jeśli nie weźmiemy pod uwagę, że stworzył ją ktoś, kto społeczeństwo traktował jako zbiorowisko nie tylko indywidualnych umysłów, sumień i dusz, lecz także jako zgromadzenie własnych faktycznych lub potencjalnych przyjaciół.

***

W dorobku Chestertona rzucają się w oczy dwie kwestie: serdeczny stosunek wobec ludzi oraz pochwała zdrowego rozsądku. Choć GKC otaczany jest wręcz kultem jako apologeta chrześcijaństwa, obrońca wiary katolickiej i swoisty „intelektualny krzyżowiec”, to każdy jego kolejny tekst – rozprawa filozoficzna, esej, powieść, felieton, cokolwiek – utwierdzał mnie w przekonaniu, że po stronie Chrystusa, Maryi i cywilizacji chrześcijańskiej stanął on właśnie dlatego, że katolicyzm zawierał tak wiele zdrowego rozsądku i zarazem umiłowania człowieka. Inne religie odrzucał, bo za mało było w nich rozsądku. Inne doktryny świeckie – bo brakło w nich miłości wobec bliźnich.

Nie znam nikogo innego, kto tak wspaniale, błyskotliwie, lecz jednocześnie z szacunkiem i pewnego rodzaju troską rozłożyłby na łopatki tych wszystkich, którzy w chrześcijaństwie widzą jedynie zestaw zakazów i nakazów, a historia katolicyzmu to dla nich wykorzenianie wspaniałych wierzeń pogańskich, krucjaty, łupienie biednego chłopstwa oraz palenie czarownic na stosach. Co ciekawe, Chestertona podejrzliwie traktuje mimo to wielu religijnych ortodoksów. Jego wiara to bowiem coś roziskrzonego i pełnego życia. Jego wykładnia dogmatów to istne filozoficzne perełki, nierzadko z akcentem humorystycznym. Jego wizja chrześcijańskiej cywilizacji to raczej opis karnawału niż zgromadzenia nadętych smutasów, drżących przed wszelakimi pokusami, które tylko czyhają na potencjalnych grzeszników.

***

Uwielbiam niemal wszystko, co napisał GKC. Ale szczególnie cenię trzy jego powieści: „Latająca gospoda”, „Napoleon z Notting Hill” i „Kula i krzyż”.

Ta pierwsza to przepełniona sowizdrzalskim duchem quasi-fantastyczna opowieść o tym, jak trójka wesołych kompanów staje okoniem ponurej atmosferze prohibicji. Wędrując przez ni to realną, ni to futurystyczną Anglię, taszczą bekę rumu i wielki kawał sera, urządzają po drodze, głównie nieopodal gospód zamkniętych na mocy administracyjnego nakazu, huczne biesiady. Całość to hymn na cześć ludzkich uciech i tradycyjnych ludowych form radowania się – taki „Colas Breugnon” do pięt nie dorasta tej pochwale przyjemności i rozsądnego cieszenia się życiem.

Chesterton kreśli wspaniały obraz old merry England – starej, wesołej Anglii – plebejskiej, przeciwstawionej elitarnym nowomodnym tendencjom, symbolizowanym w książce przez islamskie odrzucenie alkoholu oraz inspirowany buddyzmem wegetarianizm. Nasza Anglia, chrześcijańska, ludowa, tradycyjna – mówi GKC – jest krainą radości, jedną wielką afirmacją życia, wy zaś zarzucając nam, że jesteśmy wyznawcami ponurej wiary i miłośnikami surowych obyczajów, promujecie jako nowoczesne i „wolnościowe” takie doktryny, których wyznawcy ani nie chcą, ani nie potrafią się cieszyć.

W „Napoleonie z Notting Hill” idzie jeszcze dalej – broni nie tylko jednych zwyczajów i stylów życia przed innymi. Staje po stronie całego kolorytu świata dawnego, ludzkiego, oswojonego, przeciwko światu nowoczesnemu, odczłowieczonemu, obcemu. Bierze w obronę naturalne życie przed sztucznymi doktrynami „postępu”. Tenże „postęp” – to niemal stały punkt rozważań GKC – jest wymysłem elit, zaprowadzanym nieodmiennie kosztem ludu. Nieważne, czy postępowcami są wielcy przemysłowcy, rządowi technokraci, marksowscy doktrynerzy, czy religijni reformatorzy – oni wszyscy za nic mają nasz świat, nasze życie, nasze obyczaje i potrzeby. 

Ale Adam Wayne, tytułowy Napoleon z Notting Hill, londyńskiej dzielnicy, przez którą chce się przetoczyć walec modernizacji, rzuca rękawicę tymże elitom. Rzuca nie dlatego, że zainspirowała go jakaś idea, lecz w imię wierności swemu sercu. „Urodziłem się, jak każdy człowiek, w pewnym punkcie ziemi i pokochałem to miejsce, bo dzieckiem będąc, tutaj się bawiłem, tutaj byłem zakochany po raz pierwszy, tutaj spędzałem na rozmowach z przyjaciółmi całe noce, boskie noce. I wyczuwałem zagadkę. Dlaczego miałyby być niedorzeczne i pospolite małe ogródki, w których młodzi wyznają sobie miłość, te ulice, po których odprowadzamy naszych zmarłych?” – pyta Wayne, stając w obronie tego mikrokosmosu przed bogatymi, nowoczesnymi i bezwzględnymi sukinsynami. I kiedy zyskuje przyjaźń i szacunek króla Oberona Quina, który życzył mu dobrze, lecz z dystansem patrzył na ów bunt, mówi doń: „Kiedy nadchodzą ciemne, nudne dni, wówczas jesteśmy potrzebni – ja i ty: prawdziwy fanatyk i prawdziwy kpiarz”.

Ta symboliczna figura coincidentia oppositorum jest stałym elementem wielu tekstów Chestertona. Jest także najlepszym opisem jego samego – człowieka, u którego wielka wiara znajdowała dopełnienie w błyskotliwym, precyzyjnym umyśle. „Kula i krzyż” to właśnie opowieść o sojuszu ortodoksyjnego katolika i sceptyka-racjonalisty. Początkowo skonfliktowani i chcący stoczyć pojedynek, uciekają przez całą Anglię, gdyż ciągle ktoś im przeszkadza w męskim rozwiązaniu sporu, który tyczy się kwestii rudymentarnej: wiary w Boga i pojmowania Jego istoty.

Tak zawiązuje się między nimi nić szacunku i przyjaźni – odkrywają bowiem, że są jedynymi na świecie takimi osobami, bo reszta ludzi nie wierzy już w nic i niczego nie traktuje poważnie, a jeśli czasem znajdzie się ktoś, kto serio wyznaje jakieś poglądy, to albo składa hołdy nagiej, brutalnej sile, albo wątpieniu tak niepohamowanemu, że prowadzącemu na skraj absurdu. „Odkryliśmy coś, czego obaj nienawidzimy bardziej niż kiedykolwiek nienawidziliśmy siebie wzajem” – konstatują, i tak właśnie tworzy się owo porozumienie ponad podziałami, porozumienie porządnych ludzi, wiernych doktrynom różnym, lecz opartym na tradycji i rozsądku, porozumienie ludzi mających przeciwko sobie nowoczesny świat. „Kula i krzyż” to obraz rzeczywistości zwariowanej nie bez powodu – jest ona efektem inżynierii społecznej, prowadzonej przez elity na żywym organizmie tradycyjnej wspólnoty.

***

Średniowiecze. Już sam ten wyraz wywołuje kpiący uśmieszek u różnych mędrków. A co dopiero w czasach, kiedy Chesterton opiewał blaski wieków średnich. Nie było wtedy jeszcze dzieł francuskiej szkoły Annales, której zwłaszcza „trzecie pokolenie” przedstawiło nam obraz epoki przednowoczesnej, pełen barw, niuansów, a także licznych cudowności. Była za to wiara w postęp, nienaznaczona wówczas Kołymą, Auschwitz i Hiroszimą. Ktoś, kto głosił pochwałę średniowiecza, traktowany był niejednokrotnie jak wariat, nawet przez wielu tych, którzy skądinąd sympatyzowali z GKC w innych kwestiach.

Tę „przypadłość” tłumaczono sobie najczęściej żarliwą religijnością. Ale mało kto – także spośród zwolenników Chestertona – zdaje sobie sprawę, iż wieki średnie wielbił on przede wszystkim ze względu na ich „ludowy” charakter. I to dopiero jest wywrotowe stanowisko! Bo gdyby chodziło o rozkwit wiary czy choćby potęgę Kościoła – o kontrowersje natury historiozoficznej byłoby trudniej. Ale autor „Człowieka, który był Czwartkiem” wychwalał tamtą epokę za coś zgoła innego – za wolność, równość, solidarność, a wszystko to zbudowane na fundamencie rozpowszechnionej drobnej własności.

Zwłaszcza koniec epoki, czyli to, co Huizinga nazwał „jesienią średniowiecza”, był dla GKC pewnego rodzaju zrealizowaną utopią. Wolni ludzie żyli w „przyjaznych” wspólnotach, utrzymywali się z pracy własnych rąk na roli lub w warsztacie rzemieślniczym, rozkwitały organizacje społeczne (gildie), każdy stan społeczny miał swoje przebogate tradycje i instytucje, na szeroką skalę działał lokalny samorząd, władza centralna – skrępowana obyczajem, nakazami wiary oraz realną siłą zorganizowanego społeczeństwa – była raczej dobrotliwym gospodarzem niż surowym panem.

Kluczowa w pochwale średniowiecza była dla Chestertona ta kwestia, która stała się idée fixe dystrybucjonizmu – powszechna własność. System późnego średniowiecza bazował na rozpowszechnionej drobnej własności rzemieślniczej, kupieckiej i chłopskiej. Było to społeczeństwo ludzi wolnych, bo pracujących na swoim, a dzięki różnym, głównie nieformalnym barierom ograniczającym bogacenie się, także ludzi stosunkowo równych. Lecz nie tylko – było to społeczeństwo solidarne. Zrzeszeniom społecznym, czyli gildiom, wówczas powszechnym i stanowiącym główny „szkielet” życia wspólnotowego w wymiarze ponadrodzinnym, chodziło – jak wywodził GKC na przykładzie jednej z branż – „nie tylko o to, aby murarstwo przetrwało i prosperowało, ale żeby każdy murarz przetrwał i prosperował”. Proszę to sobie porównać z logiką dzisiejszych analiz ekonomicznych, których autorzy bez najmniejszego zażenowania dowodzą, iż nastąpił rozwój handlu, ponieważ np. wybudowano 50 hipermarketów i zbankrutowało 500 małych sklepów.

Nie wątpię, że nawet dziś afirmacja średniowiecznej wolności i równości ekonomicznej może budzić szok. Tak, wychowano nas na opowieściach o „mrokach średniowiecza”, a współczesny parias, czyli przeciętny obywatel, który – po wielu wiekach „postępu” i ogromnej rewolucji technologicznej – posiada klitkę w ohydnym blokowisku, spłaca raty za samochód i odkłada na nowy telewizor, jest przekonany, że posiada ogromne bogactwo i niezależność, bijąc pod tym względem na głowę średniowiecznego chłopa czy mieszczanina. Jakakolwiek pochwała średniowiecza naraża na zarzut „reakcyjności”. Jeśli jednak ktoś chce wykroczyć poza schemat, nie musi w tej kwestii sięgać do Chestertona. Otóż czołowy teoretyk anarchizmu, Piotr Kropotkin, tak stwierdzał na łamach swego głównego dzieła „Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju”: „Nie ma drugiego okresu dziejowego, który mógłby nam dostarczyć lepszych przykładów potęgi twórczej mas ludowych, niż wiek X i XI”, a następnie przez kilkanaście stron wychwala system zrzeszeń-gildii (oraz ich specyficznej, rzemieślniczej formy – cechów) jako ten, który gwarantował wolność, wzajemną pomoc i ochronę przed zakusami władzy centralnej.

Kropotkin, jeden z czołowych niegdyś bojowników „postępu”, konkludował w duchu iście chestertonowskim: „Im bardziej poznajemy miasto średniowieczne, tym jaśniej widzimy, że było ono nie tylko organizacją dla obrony pewnych wolności politycznych. Była to próba podjęcia na większą skalę niż we wspólnocie wiejskiej, zorganizowania ścisłego związku pomocy wzajemnej w dziedzinie spożycia i produkcji oraz całokształtu życia społecznego /…/ – wszystko to bez nakładania na ludzi kajdan państwowych, lecz dając pełną swobodę ujawniania się zdolności twórczej każdej grupie jednostek zarówno w sztuce, rzemiosłach i nauce, jak w handlu i polityce”.

Inny z teoretyków anarchizmu – Pierre Joseph Proudhon, poszedł o krok dalej, gdyż wiedział, że w wiekach średnich także obszary wiejskie cechowała znaczna wolność i równość ekonomiczna. Myśliciel ten głosił zresztą poglądy niemal identyczne jak Chesterton i choć do historii przeszedł jako autor stwierdzenia „własność to kradzież”, de facto był zwolennikiem upowszechnienia drobnej własności jako gwarancji niezależności jednostek, rodzin i szerszych grup społecznych.

***

Co się ze światem schrzaniło – tak kolokwialnie można przetłumaczyć tytuł jednego z głównych dzieł GKC – że w niczym nie przypomina owych złotych, średniowiecznych lat? Ano to: „Tak więc Przyszłość /…/ zawsze była (przynajmniej w Anglii) sojusznikiem tyranii. Przeciętnego Anglika pozbawiano oszukańczo jego dawnych posiadłości, jakiekolwiek one były, i zawsze w imię postępu. /…/ Bogacze dosłownie wyrzucają biedaków ze starych gospód na gościńce, mówiąc im krótko i węzłowato, że to jest właśnie droga postępu. Dosłownie wepchnęli biedaków do fabryk, robiąc z nich nowoczesnych płatnych niewolników i wciąż zapewniając, że to jedyna droga do bogactwa i cywilizacji. Podobnie jak niegdyś odciągnęli prostaczka od klasztornej misy i piwa opowiadając, że ulice niebios wybrukowane są złotem, teraz odciągają go od wiejskiego jadła i piwa opowiadając, że ulice Londynu są wybrukowane złotem. I jak niegdyś wkroczył w posępne przedsionki purytanizmu, tak teraz wszedł do posępnych przedsionków industrializmu, bo o jednym i drugim powiedziano mu, że to są bramy przyszłości. Odtąd wędruje z więzienia do więzienia, a raczej do coraz mroczniejszych więzień /…/” – pisał w „What’s Wrong with the World”.

GKC atakuje tu czołowy mit współczesnej epoki – mit linearnego rozwoju, od złej starożytności i średniowiecza, przez epoki coraz lepsze, aż do naszego nowego wspaniałego świata. Mówi nam on, że choć szermowano hasłami postępu, to otrzymaliśmy regres – my, zwykli ludzie, gdyż postęp dokonał się wyłącznie wśród elit, zagarniających coraz więcej bogactwa i władzy. 

Chesterton powiązał w ciąg przyczynowo-skutkowy atak na wiarę i instytucje kościelne z zamachem na drobną własność. Średniowieczną emancypację mieszczan i chłopstwa przerwał w Anglii bunt króla Henryka VIII przeciw papiestwu. Nie był to jednak wyłącznie spór religijny – oznaczał bowiem również centralizację władzy, zanegowanie dotychczasowego porządku społecznego i reguł życia zbiorowego, a także ogromną przemianę w kwestii własności. Dokonana przez króla konfiskata majątków kościelnych, z których znaczną część na korzystnych zasadach dzierżawili chłopi, nie tylko wyzuła rzesze ludzi z ziemi i zamieniła w najemników, lecz także stworzyła pierwsze mega-potęgi ekonomiczne.

To wielcy posiadacze rolni – landlordowie, stali się panami ówczesnego świata, panami własności, panami życia i śmierci. Z nich wywodzili się późniejsi kapitaliści; cały system, jaki nastał po rewolucji przemysłowej, został ukształtowany na bazie oligarchii dysponującej olbrzymimi majątkami już na starcie tego procesu. Kula puszczona w ruch staczała się po równi pochyłej, z własności wyzuwano kolejne warstwy i klasy. W „Krótkiej historii Anglii” stwierdzał Chesterton: „Nie powinniśmy mówić o społeczności murzyńskiej, w której byłaby większość białych, natomiast nieliczni Murzyni byliby olbrzymami. Nie powinniśmy wyobrażać sobie społeczności małżeńskiej, w której większość mężczyzn byłaby kawalerami, natomiast trzej mieliby haremy. Społeczność małżeńska oznacza taką społeczność, w której większość żyje w małżeństwie, a nie taką, w której parę osób jest małżonkami. Społeczność własnościowa oznacza społeczność, w której większość osób posiada własność, a nie taką, w której jest kilku kapitalistów”.

Ale nie tylko w społecznych skutkach przekształceń własnościowych tkwił problem. Sama skala owej własności okazała się zgubna, nie tylko dla ciał, ale także dla umysłów i dusz. Chesterton głosił to, co genialnym aforyzmem wyraził kilkadziesiąt lat później amerykański konserwatywno-anarchistyczno-ekologiczny pisarz Edward Abbey, opisując współczesny kapitalizm: „Rozwój dla samego rozwoju to ideologia komórek rakowych”. GKC podsumował to w eseju „Bunt przeciw ideom” ze zbioru „Dla Sprawy”: „Zarówno angielski szlachcic, jak i angielski chłop byli kiedyś dumni, że posiadają ziemię. Szlachcic zyskał na znaczeniu, a chłop stracił, odkąd przedmiotem dumy stało się nie posiadanie ziemi, lecz wyłącznie posiadanie posiadłości. Angielski sklepikarz przestał być rad, że prowadzi swój sklepik, odkąd przedmiotem dumy stało się wyłącznie prowadzenie sieci sklepów. Stąd właśnie cała merkantylna megalomania naszych czasów, te przedsiębiorstwa łączące się w holdingi i handel rządzony przez trusty jak okiem sięgnąć”.

Lapidarnie swój stosunek do charakteru tych przemian wyraził natomiast tak: „W atmosferze kapitalizmu schlebia się człowiekowi, który skupia w swym ręku coraz to nowe pola, ale w atmosferze własności ludzie go wyśmiewają, a jeżeli to możliwe, kamieniują”.

***

Chesterton nie był ekonomicznym – jak to nazywał – monomaniakiem. Wręcz przeciwnie: gospodarcza teoria obrony drobnej własności stanowiła logiczny ciąg dalszy szerszych przekonań jej twórcy.

GKC nade wszystko umiłował bowiem różnorodność. I tę materialną, przejawiającą się w bogactwie artefaktów kultury niskiej i wysokiej, i intelektualną, oznaczającą to, że choć stanowczo obstawał przy swoich poglądach, jednak szanował poglądy innych (wystarczy wspomnieć jego niezwykle kulturalne polemiki z socjalistą Robertem Blatchfordem na łamach „The Clarion” czy ogromny szacunek i wieloletnią przyjaźń, jakimi darzył George’a Bernarda Shaw mimo diametralnie odmiennych zapatrywań na większość kwestii, od religii i filozofii po dietę). Uważał bowiem, że ludzie wolni nie są i nigdy nie będą jednakowi – standaryzacja jest pochodną braku wolności. Rozproszonej własności bronił właśnie jako fundamentu wolności. Dziesięć tysięcy drobnych warsztatów pracy daje większą szansę na dziesięć tysięcy oryginalnych postaw niż wielka fabryka, zatrudniająca 10 tys. proletariuszy.

Owa różnorodność to kolejny „plebejski” ideał Chestertona. Zwykli ludzie żyją po swojemu, na setki sposobów. To elity – władzy, kultury czy pieniądza – chcą ich stłamsić, wtłoczyć w jeden wzorzec, by łatwiej wykorzystać do własnych celów. „Grono osób nadętych i ograniczonych powtarza, że wszystko jest jednością, że wszystko powinno zatopić się w większej całości. Tymczasem prości ludzie, żyjący po górach i dolinach naszej pradawnej Ziemi, od niepamiętnych czasów kultywują wielość i różnorodność. Pośród nich kobieta jest kochana, bo nie jest męska, a mężczyzna, bo nie jest zniewieściały. Kościół i dom są jednakowo piękne, bo są odmienne; pola mają swe granice i należą do konkretnych osób, a sztandar stanowi świętość” – pisał w eseju „Apostle and the Wild Ducks”.

Cała wspomniana powieść „Napoleon z Notting Hill” jest zachwytem nad różnorodnością, posuniętą do skrajności pochwałą patriotyzmów lokalnych, a także wezwaniem do ich obrony jako wartości samoistnej. Ubolewał bowiem GKC niezmiernie nad zubożeniem świata, nad tym, że zamiast zwiększać zakres wyboru, zmniejsza się on. W tekście „Obrona heraldyki” ze zbioru „The Defendant” pisał: „/…/ w dawnej epoce arystokracji istniała cała rozległa, malownicza symbolika, obejmująca wszystkie niuanse i stopnie szlachectwa. Jednak ledwo odtrąbiono nastanie powszechnej równości, nowe władze zrobiły fałszywy krok, jeden z najgorszych w ludzkich dziejach. /…/ cała ta duma i malowniczość, wszystkie te wzniosłe symbole i soczyste barwy powinny należeć nie tylko do arystokratów, lecz do całej w ogóle ludzkości. Sprzedawcy papierosów powinni mieć własne godło, a serowarzy – zawołanie bojowe. Sklepikarz Higgins, sprzedający margarynę jako masło, powinien czuć, że bruka stary rodowy herb Higginsów. Lecz demokraci popełnili przerażający błąd /…/. Umniejszyli dawną wspaniałość zamiast ją rozszerzyć. Nie powiedzieli zwykłemu obywatelowi: »jesteś równie dobry jak książę Norfolk«. Użyli nędznego demokratycznego sloganu: »książę Norfolk nie jest wcale lepszy niż ty«”.

***

Demokracja, no właśnie. Wielu z tych, którzy poznali szczątkowo poglądy Chestertona, słysząc np. o pochwale średniowiecza wrzuca go do jednego worka ze zwolennikami postaw elitarystycznych.

Jednak dystrybucjonizm GKC miał drugi, obok obrony różnorodności, „filar” ideowy. Była nim konsekwentna pochwała demokracji, ludowładztwa. Posiadacze drobnej własności powinni nie tylko swobodnie rozporządzać majątkiem, ale także decydować o swym losie w kwestiach nie związanych z produkcją czy użytkowaniem owoców pracy własnych rąk. 

W „The Common Man” Chesterton wyraził ten pogląd, nie pozostawiając żadnych wątpliwości. Pisał on: „Niektórzy głoszą, że człowiek wykształcony powinien być przewodnikiem tłumów, ich filozofem i przyjacielem; niestety, niemal zawsze okazywał się przewodnikiem wiodącym na manowce, zdradzieckim przyjacielem i bardzo płytkim filozofem. Katastrofy dziejowe, łącznie z tymi, które obecnie nas trapią, nie wynikły z działań prostych, prozaicznych ludzi, którzy wiedzieli, że nic nie wiedzą, ale z działań wysoce teoretycznych osób, które z całą pewnością wiedziały, że wiedzą wszystko”. Trudno chyba znaleźć bardziej radykalne odrzucenie elitaryzmu, bez jednoczesnego idealizowania zwykłych ludzi i udawania, że nigdy przenigdy nie popełniają oni błędów. Do tych błędów mają pełne prawo, a zdrowy rozsądek chroni ich przed szaleństwami takimi, jakie potrafi sprokurować tylko ten czy ów przemądrzały „nadczłowiek”.

„Mówiąc krótko, wiara w demokrację polega na uznaniu, że najważniejsze sprawy – wybór współmałżonka, wychowanie dzieci, ustanawianie praw – powinny być załatwiane przez zwykłych ludzi. Tym właśnie jest demokracja, w którą niezmiennie wierzę” – deklarował w swej najsłynniejszej rozprawie, „Ortodoksji”.

***

Oczywiście Chesterton wiele kwestii idealizował. Oczywiście w jego opisie średniowiecza jest zapewne dużo nieuprawnionego myślenia życzeniowego. Oczywiście drobna własność ma nie tylko zalety, ale także wady. Oczywiście zwykli ludzie mogą błądzić i robić świństwa. Oczywiście…

Pewne jest natomiast, że GKC nigdy i za żadną cenę nie podpisałby się pod dość rozpowszechnionym twierdzeniem przeróżnych myślicieli i politykierów, mówiącym, iż lepiej być panem faktów niż niewolnikiem ideałów. Taki minimalizm, tchórzostwo i asekuranctwo, zwane nieraz realizmem, były mu ze wszech miar obce. On był panem ideałów, nie chciał rezygnować z dobra na rzecz zła, choćby takie właśnie były wymogi chwili czy oczekiwania jakichś grup. Zdawał sobie sprawę, iż jest w mniejszości, jego pomysły zdają się wielu utopijnymi, a przeciwnik dysponuje ogromną siłą. Ale wcale nie zamierzał się poddawać.

Wiedział bowiem, że nie tyle za nim, co raczej wokół niego stoją ci, na których mu zależało najbardziej, nawet jeśli jeszcze nie rozumieją, o co toczy się gra. Był prawdziwym buntownikiem nawet nie z powodu tego, z czym walczył – a były to siły potężne – lecz z uwagi na to, w imię czego walczył. „Prawdziwym buntownikiem jest optymista, który zazwyczaj żyje i ginie w desperackim, samobójczym wysiłku, by przekonać innych ludzi, jak bardzo są dobrzy” – pisał w „Obronie świata”.

Nic zatem dziwnego, że swoją powieść mało znaną, lecz będącą wykładnią idei dystrybucjonizmu, zatytułował „Powrót Don Kichota”. Don Kichot budzi sympatię nie dlatego przecież, że zwycięża, lecz dlatego, iż walczy wbrew trendom swej epoki, na przekór tzw. konieczności dziejowej. GKC czynił podobnie. W 70. rocznicę śmierci składam Jemu za to niniejszym skromny, prywatny hołd.

                                                                                                                       Remigiusz Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (obecnie „Nowy Obywatel”) nr 32, 2007. www.nowyobywatel.pl 

* Tytuł tekstu zaczerpnąłem z określenia prof. Romana Dyboskiego, który nazwał tak Chestertona podczas wizyty pisarza w Polsce w roku 1927.