G.K. Chesterton: Obrona groszowej tandety

groszowa-tandeta1

Gilbert Keith Chesterton

Obrona groszowej tandety

Ze zbioru The Defendant (1901)

 

Jeden z najdziwniejszych przykładów tego, jak bardzo nie docenia się dzisiaj zwyczajnego życia, stanowi przypadek literatury popularnej, ogromne mnóstwo której z zadowoleniem określamy mianem „wulgarnej”. Opowiadanie dla chłopców faktycznie może być z literackiego punktu widzenia prostackie, podobnie, jak można by powiedzieć, że powieść współczesna jest prostacka z punktu widzenia ekonomii czy astronomii; nie jest ono jednak wulgarne z samej swojej natury – stanowi centrum miliona płomiennych fantazji.

Przez wszystkie minione wieki, klasy wykształcone ignorowały masę literatury wulgarnej. Ignorowały ją – a zatem nie mogły, we właściwym sensie tego słowa, nią pogardzać. Zwykła ignorancja i obojętność nie nadymają osobowości pychą. Niewielu jest ludzi, którzy idąc ulicą podkręcają wyniośle wąsy na myśli o swojej wyższości nad kilkoma gatunkami ryb głębinowych. Starzy uczeni pozwalali, by w podobnych ciemnościach pozostawał cały podziemny świat ludowej twórczości.

Dziś wszakże, odwróciliśmy tę zasadę. Nie pogardzamy wulgarną twórczością ani jej nie ignorujemy. Grozi nam poniekąd niebezpieczeństwo, że w naszej krytyce małostek sami staniemy się małostkowi; w tle występuje tutaj jakieś straszliwe prawo dziejowe, mówiące, że gdy dusza pochyli się zbyt nisko, aby się czemuś przyjrzeć, już nigdy nie zdoła się na powrót wyprostować. Nie istnieje zaś ani jedna klasa wulgarnych publikacji, o której, moim zdaniem, mówiłoby się rzeczy bardziej absurdalnie wyolbrzymione i nieuzasadnione, niż współczesna niższej klasy literatura dla chłopców. Tego rodzaju twórczość istniała, jak można przypuszczać, zawsze – i musi istnieć. Nie bardziej ubiega się przy tym o status dobrej literatury, niż codzienne rozmowy jej odbiorów o status świetnego krasomówstwa, a kamienice czynszowe lub domki, w których ci ludzie mieszkają – wspaniałej architektury.  A jednak – ludzie potrzebują rozmów, potrzebują domu – i potrzebują opowieści. Prosta potrzeba posiadania jakiegoś idealnego świata, w którym fikcyjne postaci grają swobodnie wyznaczone sobie role, to coś nieskończenie głębszego i starszego, niż prawidła dobrej sztuki – i coś zarazem nieskończenie ważniejszego. Każdy z nas w dzieciństwie swoim tworzył podobne, niewidzialne dramatis personae, nigdy jednak nasze nianie nie wpadły na pomysł, aby poprawiać nas drobiazgowymi porównaniami do Balzaca. Na Wschodzie, zawodowy gawędziarz chodzi od wioski do wioski z małym dywanikiem pod pachą; i bardzo chciałbym, aby znalazł się ktokolwiek, kto miałby moralną odwagę rozwinąć ten dywanik i siedzieć na nim na Ludgate Circus. Nie wydaje się jednak czymś prawdopodobnym, aby wszystkie opowieści, snute przez rzeczonego dywanikarza, stanowiły perełki rzemiosła artystycznego. Literatura i fikcja, to dwie zupełnie różne rzeczy. Literatura to luksus; dzieło sztuki praktycznie nie może być za krótkie – jako iż punkt kulminacyjny, to jego najlepszy element. Opowieść zaś, praktycznie nie mogłaby być za długa, jako iż nad jej zakończeniem można wyłącznie ubolewać, jak nad ostatnim drobniakiem albo ostatnią zapałką do fajki. I tak, podczas gdy rozwój świadomości artystycznej w bardziej ambitnych swoich dziełach skłania się ku zwięzłości i impresjonizmowi, wielotomowa orka ciągle stanowi znak szczególny producenta romantycznego badziewia. Nie było końca balladom o Robin Hoodzie; nie ma końca tomom przygód Dicka Deadshota czy „Dziewięciu Mścicieli”. Ci dwaj bohaterowie w pełni świadomie stworzeni zostali jako postaci nieśmiertelne.

Zamiast jednak opierać całą dyskusję nad problemem na zdroworozsądkowym uznaniu tego faktu – że wywodząca się z klas niższych młodzież zawsze musiała i zawsze będzie musiała dysponować jakiegoś rodzaju niekończącą się i amorficzną lekturą romantyczną, by potem dopiero móc łatać w niej wszystkie możliwe dziury – zaczynamy, ogólnie rzecz biorąc, od fantastycznego obrażania wymienionej wyżej lektury zupełnym i pełnym wzburzenia zadziwieniem, że rzeczeni chłopcy na posyłki nie czytają Egoisty czy Mistrza murarskiego[1]. Jest współcześnie taki zwyczaj, szczególnie popularny wśród przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, by połowę przestępstw popełnianych w Londynie przypisywać wpływowi tanich opowiadań. Jeżeli jakiś usmolony urwis ukradnie sobie jabłko, sąd zaraz bardzo sprytnie udowadnia, że dzieciak ów prawdopodobnie wyniósł swoją wiedzę o odżywczych właściwościach owoców jabłoni z badań literaturoznawczych. Chłopcy ci, gdy zasiadają na ławie oskarżonych, bardzo często sami formułują bardzo gorzkie oskarżenia pod adresem rzeczonych czytadeł – ale czego innego można by się spodziewać w wypadku młodych ludzi, obdarzonych całkiem sporą dawką rodzimego poczucia humoru? Gdyby zdarzyło mi się podrobić czyjś testament, i byłbym w stanie wzbudzić w ludziach nieco współczucia udowadniając zależność tego uczynku od wpływu, jaki wywarły na mnie powieści pana Jerzego Moore’a, znalazłbym w tej dywersji naprawdę świetne źródło rozrywki. Tak czy inaczej jednak, w umysłach większości ludzi utarło się przekonanie, że nasze młode obdartusy, w przeciwieństwie do całej reszty społeczeństwa, czerpią główną część swojej życiowej motywacji z książek.

Wydaje się dosyć jasne, że zarzut ów, zarzut tak często podnoszony przez sądy, nie ma żadnego związku z wartością literacką dzieła. Słabe pisarstwo to jeszcze nie przestępstwo. Pan Hall Caine[2] chodzi sobie po ulicy w jasnym świetle dnia i nie można wsadzić go do więzienia za rozczarowanie fabularne. Zarzut ten opiera się na teorii, jakoby nastrój większości opowiadań dla chłopców był kryminalny i zwyrodniały, i odwoływał się do niskich form chciwości i okrucieństwa. Tak właśnie przedstawia się teoria wysokiego sądu – i tak właśnie przedstawia się kompletna bzdura.

Na tyle, na ile mogłem się z nimi zapoznać – w ścisłym związku z najbrudniejszymi księgarenkami w najbiedniejszych dzielnicach Londynu – fakty są po prostu takie: że cały oszałamiający ogrom wulgarnej literatury młodzieżowej zajmuje się zasadniczo przygodami: chaotycznymi, niezwiązanymi ze sobą i pozbawionymi końca. W żaden sposób nie wyraża ona żadnego rodzaju namiętności – bo nie ma w niej żadnej zgoła ludzkiej postaci. Zawsze ostatecznie wpada ona w te lub inne utarte schematy lokalnego bądź historycznego typu: średniowieczny rycerz, osiemnastowieczny pojedynkowicz, współczesny cowboy powracają w niej raz po raz z tą samą sztywną prostotą, co konwencjonalne ludzkie sylwetki na jakimś orientalnym ornamencie. Równie łatwo mogę wyobrazić sobie, że ktoś mógłby podniecać w sobie nieokiełznane żądze kontemplując swój turecki dywanik, jak podobnie zdehumanizowane i biedne historie.

Pośród tych opowieści znajdzie się i pewna liczba takich, które w życzliwy sposób opisują przygody zbójców, bandytów i piratów, które przedstawiają złodziei i morderców w stylu Dicka Turpina[3] i Claude’a Duvala[4] w romantycznym i szlachetnym świetle. Innymi słowy, robią one dokładnie to, co „Ivanhoe”, „Rob Roy”, „Pani Jeziora” Waltera Scotta, „Korsarz” Byrona, „Grób Rob Roya” Wordswortha, „Macaire” Stevensona, „Żelazny pirat” pana Maksa Pembertona[5] i tysiące innych książek, które systematycznie rozdystrybuowuje się po kraju w formie prezentów świątecznych. Nikt nie myśli przy tym, że podziw dla Locksleya z „Ivanhoe” mógłby pchnąć jakiegoś chłopaka do wpakowania kilkunastu japońskich strzał w biegającego po Parku Richmond[6] jelenia; nikt nie sądzi, że nieostrożna otwartość, jaką przejawił Wordsworth w kwestii wiersza poświęconego Rob Royowi, na całe życie zrobi z owego chłopaka szantażystę. W wypadku naszej własnej klasy, rozumiemy, że młodzież patrzy na podobną dzikość życia z przyjemnością nie dlatego, że przypomina ona ich własne życie, ale dokładnie dlatego, że się odeń różni. Przynajmniej czasami mogłoby także wpaść nam do głowy, że jakiekolwiek byłyby inne powody, dla których chłopiec na posyłki czytuje „Czerwoną zemstę”, na pewno nie jest tak dlatego, że pała żądzą krwi w stosunku swoich osobistych przyjaciół i krewnych.

W tej sprawie również, podobnie jak we wszystkich sprawach tego typu, tracimy związek z rzeczywistością mówiąc „klasy niższe” wtedy, gdy chodzi nam tak naprawdę ludzkość minus nas samych. Owa trywialna literatura romantyczna nie jest wcale jakoś specjalnie plebejska: jest po prostu ludzka. Filantrop nigdy nie umie zapomnieć o klasach i powołaniach. Mówi on, z nutą chełpliwej skromności, „zaprosiłem na herbatkę dwudziestu pięciu robotników fabrycznych”. Gdyby powiedział: „zaprosiłem na herbatkę dwudziestu pięciu dyplomowanych księgowych”, każdy w lot dostrzegłby komizm podobnie uproszczonej klasyfikacji. To jest jednak właśnie to, co zrobiliśmy z tym całym gąszczem niemądrego pisarstwa: przebadaliśmy dokładnie, jakby była to jakaś nowa zaraza, nic innego, jak tylko nierozważne i mężne serce człowieka. Zwykli ludzie zawsze będą sentymentalistami: bo sentymentalista to po prostu ktoś, kto ma uczucia i nie czuje potrzeby znalezienia dla nich nowych form wyrazu. Te powszechnie spotykane i bieżące dziełka nie mają w sobie nic z samej istoty złego. Wyrażają one pełnokrwiste i heroiczne truizmy, na których opiera się cywilizacja; bo przecież jasne, że jeżeli cywilizacja nie opiera się na truizmach, w ogóle na niczym się nie opiera. Oczywistością jest, że nie mogłaby czuć się bezpiecznie taka cywilizacja, w której rzucona przez ministra sprawiedliwości uwagę, że morderstwo jest czymś złym, uchodziłaby za oryginalny i oszałamiający epigram.

Jeżeli autorzy i wydawcy „Dicka Deadshota” i innych tego typu wybitnych dzieł mieliby przeprowadzić nagle szturm na klasy wykształcone, spisać imiona wszystkich, których złapano by na uniwersyteckim wykładzie na temat literatury, niezależnie od tego, jak bardzo byliby oni znamienici, skonfiskować wszystkie nasze powieści i ostrzec nas, że albo szybko się poprawimy, albo inaczej będziemy rozmawiać – moglibyśmy się tym poniekąd zirytować. A jednak – mają oni znacznie większe prawo zrobić coś podobnego, niż my; bo oni, przy całym swoim idiotyzmie, są normalni – a my: nienormalni. To literatura wykształconych, a nie niewykształconych, jest dzisiaj przecież otwarcie i ostentacyjnie wichrzycielska. Książki promujące porubstwo i pesymizm, wobec których subtelny duch chłopca na posyłki trząsłby się z przerażenia jak osika, leżą sobie spokojnie na stolikach w naszych własnych pokojach gościnnych. Gdyby najbrudniejszy stary właściciel najbrudniejszej starej księgarenki w Whitechapel ośmielił się umieścić na swojej wystawie książki rzeczywiście promujące poligamię czy samobójstwo, jego interes natychmiast zostałby zamknięty przez policję. Te rzeczy to nasze luksusy. I z hipokryzją tak nonsensowną, że nieznajdującą niemal dla siebie historycznego porównania, osądzamy małych chłopców z rynsztoka za ich niemoralność jednocześnie dyskutując (z kochającymi dwuznaczności, niemieckimi profesorami) nad tym, czy moralność w ogóle obowiązuje. W tym samym momencie, w którym przeklinamy groszową tandetę za zachęcanie do kradzieży czyjejś własności, debatujemy nad problemem, czy przypadkiem każda forma własności nie stanowi kradzieży. W tym samym momencie, w którym oskarżamy ją (zupełnie niesprawiedliwie) o lubieżność i nieprzyzwoitość, z radością czytamy książki filozoficzne, chlubiące się lubieżnością i nieprzyzwoitością. W tym samym momencie, w którym oskarżamy ją o podjudzanie młodzieży do nienawiści wszelkiego życia, ze spokojem zastanawiamy się, czy życie w ogóle warto chronić.

Ale to my stanowimy w tym wypadku chorobliwe wyjątki; to my jesteśmy klasą przestępczą. Powinno nas to bardzo pocieszać. Wielkie masy ludzkie, z wielką masą swoich trywialnych książek i trywialnych słów, przez ani jeden moment nie zwątpiły, i nigdy zgoła nie zwątpią, że odwaga jest wspaniała, że wierność jest szlachetna, że damę w opresji powinno się ratować, a pokonanych wrogów – oszczędzać. Istnieje wielkie mnóstwo kulturalnych osób, które powątpiewają w te moralne maksymy codziennego życia, podobnie jak wielkie mnóstwo osób wierzy, że są księciem Walii; i słyszałem, że przedstawiciele obydwu tych grup to bardzo ciekawi rozmówcy. Ale przeciętny mężczyzna czy chłopak wypisuje w owych wielkich, kiczowatych dziennikach swej duszy, które nazywamy groszową tandetą, ewangelię prostszą i lepszą, niż wszystkie owe opalizujące paradoksy etyczne, które modni ludzie zmieniają dziś jak rękawiczki. Chęć zastrzelenia „dwulicowego i zmiennego zdrajcy” faktycznie może nie stanowić największego ideału moralnego, ale stanowi przynajmniej lepszy ideał moralny od prostej chęci bycia dwulicowym i zmiennym zdrajcą, do której sprowadzają się zasadniczo wszystkie współczesne systemy etyczne od pana d’Annunzio[7] do dziś. Tak długo, jak nieokrzesana i delikatna tekstura bieżącego, popularnego romansu nie zostanie dotknięta ręką naszej bezwartościowej kultury, tak długo nie będzie ona również mogła być autentycznie niemoralna. Zawsze stoi po stronie życia. Ubodzy – niewolnicy, którzy naprawdę uginają się pod ciężarem żywota – bardzo często bywali szaleni, głupi i okrutni, nigdy jednak nie stracili nadziei. To przywilej klasowy, coś jak cygara. Ta bełkotliwa literatura zawsze stanowić będzie literaturę „gromu i krwi”, tak prostą, jak grom z niebios i krew żywych ludzi.

Tłm. Maciej Wąs

[1]     Oryg. The Egoist i The Master Builder; pierwszy z tych tytułów to powieść tragikomiczna (i feministyczna) z 1879 roku autorstwa Jerzego Mereditha; drugi – dramat autorstwa Henryka Ibsena.

[2]     Sir Tomasz Henryk Caine (1853-1931) – angielski powieściopisarz, autor bardzo wielu dzieł, zazwyczaj dotyczących tematyki miłosnej. Za swego życia cieszył się w Anglii ogromną popularnością.

[3]     Dick Turpin (ochrzczony w 1705 – zginął w 1739 roku) – najsławniejszy angielski bandyta XVIII wieku.

[4]     Właściwie Claude Du Vall (1643-1670) – angielski rozbójnik francuskiego pochodzenia, grasował szczególnie na gościńcach w okolicach Londynu; z racji faktu, że podobno nigdy nie użył przemocy, zyskał miano „zbójcy-gentlemana”.

[5]     Sir Maksymilian Pemberton (1863-1950) – angielski pisarz powieści przygodowych i kryminalnych; dziennikarz.

[6]     Największy królewski park w Londynie, znajdujący się w dzielnicy Richmond upon Thames.

[7]     Gabriel d’Annunzio (1863-1938) – włoski pisarz, poeta, dramaturg i żołnierz, miłośnik filozofii Nietzschego i Schopenhauera. Zwolennik koncepcji wyższości sztuki nad etyką, człowiek użycia, wielokrotnie oskarżany (tak w życiu, jak twórczości) o niemoralność.

Przeczytaj też: