Maciej Wąs: Słowo od tłumacza (William Cobbett)

Wyd. Chesterton Polska, 2017

William Cobbett? A kto to taki?

Niewątpliwie, nie byłoby niczym dziwnym usłyszeć to pytanie z ust polskiego czytelnika. Niestety, można mieć bardzo zasadne obawy, że czytelnik angielski – czy anglojęzyczny – nie przejawiałby w tej sprawie większego poinformowania. W  naszej małej i biernej epoce, w której całe pokolenia narodów wychowywano w wygodnej satysfakcji z sukcesu gospodarki wielkiego kapitału, w ufności w niewzruszoną stabilność skomplikowanych struktur handlu międzynarodowego – stanowiącego przecież lekarstwo na nierówności majątkowe globu i najlepszą gwarancję powszechnego pokoju – w wierze w to, że „wszystko można, jeśli się chce” i każdy może być milionerem, jeżeli tylko się postara, że konkurencja zawsze eliminuje to, co powinno zostać wyeliminowane, a promuje to, co powinno się promować, że nie ma konfliktu między egoizmem jednostki a dobrem wspólnoty, że szczęście polega na nieograniczonej możliwości wyboru różnorakich produktów na wielkim rynku świata: rynku handlowym, ale także i rynku idei, wiary, moralności, narodowości, sztuki, partii politycznych, tożsamości płciowej i seksualnej, sposobu życia i autoekspresji, wreszcie: rynku innych ludzi, relacje z którymi mają zasadniczo naturę kontraktu zawieranego celem uzyskania obopólnych korzyści, człowiek taki, jak ów silny i gniewny rolnik z Surrey, żyjący do tego w oddalonym od nas o całe eony, dziewiętnastym wieku historii świata chrześcijańskiego, nie stanowi materiału na bohatera współczesnej kultury. Długie dziesięciolecia, szczególnie po upadku żelaznej kurtyny i tryumfalnym pochodzie finansowej spekulacji przez były obszar wpływów komunistycznych, całe życie społeczne było ledwie prostym i wiernym wyrazem podobnej świadomości. Wszystko, czym nas karmiono, wszystko, co stanowiło narzędzia naszego życia – wszystko, co pozornie pozostawało ze sobą czasem nawet w konflikcie i miało gwarantować nam nieograniczoną wolność orientacji w świecie: nasze teorie filozoficzne, nasza kultura, „nowa prawica” i „nowa lewica”, wszystkie pozorne przejawy buntu, społeczności protestu, ideologie przewrotu, wszystko to utwierdzało tylko i scalało potężną machinę korzyści, bez względu na pory roku zbierającą żniwa z powierzchni naszej małej planety. Wszystko po to, by kapitał, pozbawiony już właściwie związku z jakąkolwiek konkretną osobą, mógł się dalej kumulować „u góry” naszej społecznej drabiny. Wszystko po to, by pieniądz rzeczywiście mógł rodzić.

Bo przecież dzięki temu żyje się lepiej. Wszystkim. Czyż nie?

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że zachodzą w tej materii pewne zmiany. Pomalutku i jeszcze bardzo nieśmiało, ale pojawiają się już na naszym niebie pierwsze jaskółki myśli rzeczywiście nowych, które naprawdę mogłyby stać się fundamentem budowy nowej cywilizacji. Może już nie żal nam dni, które przeszły, lat już minionych, wieków, stuleci, lecz myśl owa, jak myśl poety, „rącza cwałuje leci, słońce śmiejąca w biegu całuje”. Nastaje czas naprawdę nieznany.

Tylko że, jeśli przyjrzeć się owym myślom nieco dokładniej, okazuje się, że nie są one wcale takie zupełnie nowe. Że była już kiedyś w naszej historii epoka, w której machina wielkiego kapitału załamała się pod własnym ciężarem – i w której różni ludzie również zaczęli dostrzegać, że jej cywilizacja, z cała kulturą, ideologią i wizją historii, wcale niekoniecznie jest najlepszym środkiem samorealizacji człowieka. Działo się to wszystko prawie dokładnie sto lat temu. A jednym z ludzi, którzy dostrzegli co się dzieje i próbowali reagować, był Gilbert Keith Chesterton.

Powiedzieć, że Chesterton to postać poniekąd nieuchwytna, to nie powiedzieć nic. W  swoim czasie bywał odbierany bardzo różnie – i czasem na bardzo sprzeczne sposoby; dzisiaj zaś, właściwie nic się pod tym względem nie zmieniło. Jeżeli jednak da się powiedzieć o tym człowieku cokolwiek pewnego, to choćby tyle, że nie działa w próżni; i że idee angielskiego dystrybucjonizmu wyrastały zawsze w łączności z żywym nurtem historii, w świadomości własnych wzorów i szacunku dla narodowej tradycji. Chesterton był wielkim erudytą – i czerpał w swojej twórczości z całego mnóstwa bardzo różnych autorów. Nie miał jednak wielu mistrzów; a właściwie trzeba by powiedzieć, że miał tylko dwóch. Pierwszym z nich był, oczywiście, Mistrz jego religii; drugim – William Cobbett.

William Cobbett (1763-1835), rolnik z hrabstwa Surrey, żołnierz, pisarz, nauczyciel i polityk, rzeczywiście przeszedł przez życie niczym huragan. Potem zaś – zrobiło się o nim zupełnie cicho. W  latach jego życia nie było w Anglii człowieka, który by o nim nie słyszał; niektórzy się go bali, niektórzy go podziwiali, ale nie sądzę, czy dałoby się znaleźć kogoś, kto odnosiłby się do niego obojętnie. W  szczytowym okresie jego literacko-politycznej kariery, cieszył się wśród angielskiego ludu tak wielką popularnością, że samo jego pojawienie się w jednym z miast przemysłowej północy groziło wybuchem niepokojów społecznych. Dzisiaj natomiast, trudno powiedzieć, by ktokolwiek go nawet lekceważył; bo nie można lekceważyć ludzi nieobecnych. Idee, które głosił, a które zapalały kiedyś lud angielski słuszną furią gniewu i zawodu, dzisiaj stanowią dla przeciętnego Europejczyka obcy język; i równie dobrze można by mówić w suahili. Nie można zresztą wcale z czystym sumieniem utrzymywać, że były to idee genialne. Cobbett był bardzo oryginalnym twórcą i magnetyczną osobowością, ale umysłowości stosunkowo prostej; brakowało mu pewnej ogólnej kultury intelektualnej, która pozwala na zręczniejsze poruszanie się po świecie myśli. Był podziwu godnym samoukiem; ale brakowało mu dyscypliny. Był niezwykle wrażliwym obserwatorem; ale brakowało mu czasem subtelności. Jeśli sięgnąć do niektórych jego pism, można nabrać podejrzeń, że nie miał on choćby tyle zrozumienia dla różnorodności chrześcijańskiego życia, choćby dla dobrowolnego ubóstwa, dla dobrowolności ofiary, ile moglibyśmy pragnąć; że nie zawsze zachowywał wszystkie niuanse używanych przez siebie pojęć; że niekoniecznie starał się precyzyjnie zdefiniować i wyjaśnić każdą rzeczywistość, którą opisywał. Zdarzały mu się pochopne sądy, dawała znać o sobie niepotrzebna uraźliwość, skłonność do sensacji, zawziętość w osobistych wojenkach, nieumiejętność abstrahowania. Nieprzypadkowo przecież (i niech to będzie tutaj coś w rodzaju symbolu), Cobbett przegrał w swoim życiu kilka procesów o zniesławienie.

A jednak, zasługi dziejowe Cobbetta są niezaprzeczalne; i wszyscy, świadomie czy nie, mamy wobec niego dług. Był to bowiem bodaj jedyny człowiek w swojej epoce, który potrafił skutecznie przeciwstawić się dominującym trendom swojej epoki. Jego sukcesy nie były na tym polu duże; ale były. I jest to w tym kontekście prawdziwy ewenement. Cobbett jako jedyny rzeczywiście coś zrobił z przemysłowym kapitalizmem i jego ideologią; działał wtedy, gdy wszyscy utrzymywali, że nic nie trzeba robić; bił w ten mur głową – i wybił w nim dziurę; rozerwał sieć tego ogólnospołecznego spisku; przekrzyczał tę powszechną zmowę milczenia. To dzięki niemu wiemy do dzisiaj, że rewolucja przemysłowa i przekształcenie angielskiego ustroju społecznego w kapitalizm nie były, wbrew temu, co wmawiają nam liberalni ideologowie pokroju von Misesa, czasem postępu i rosnącego zadowolenia; że w przemysłowych okręgach Anglii ludzie naprawdę umierali z głodu – i to tysiącami; że nie zachodziła w nim powszechna demokratyzacja; że nie następowała wcale polityczna liberalizacja i kultura Wielkiej Brytanii nie stawała się kulturą wolności słowa; że produkcja masowa nie stała się zatem źródłem wolności i równości – i że nie mogła się nią stać. To on jako pierwszy zaczął odkłamywać angielską reformację; i udowodnił, że wystrojeni w peruki i upudrowani modnisie Paryża nie wahali się walczyć z ideałami średniowiecza przy pomocy zwykłych przemilczeń i kłamstw. To on ujawnił sekretne powiązania władzy i wielkiego biznesu; i pokazał, jak często tzw. „wolny rynek” współgra doskonale z „opiekuńczą ręką” troskliwego państwa. Mówić te rzeczy w jego czasach, było wielką odwagą. Czy dzisiaj wszakże sytuacja rzeczywiście jest aż tak znacząco inna?

Niewątpliwie, łatwo jest nie doceniać Williama Cobbetta; lecz, jak to zwykle w życiu bywa, to, co łatwe, jest w tym wypadku również całkowicie błędne. I możemy tylko cieszyć się niezmiernie z faktu, że postanowił nam to wytłumaczyć jeden z najlepszych angielskich pisarzy w historii. Książka Chestertona to po prostu jedna wielka próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego Cobbett działał tak, jak działał; myślał tak, jak myślał; pisał tak, jak pisał. Bo to wszystko, to nie był ledwie przypadek; i jeśli naprawdę ktoś oczekiwałby od tego autora subtelnych traktatów filozoficznych, to wciąż jeszcze nie rozumie, z czym właściwie przychodzi mu się mierzyć. Chesterton rozumiał; i pozwala nam dotknąć nieco tego rozumienia. William Cobbett to książka bardzo osobista; i rzadko piękny, nawet jak na Chestertona, liryzm niektórych fragmentów wyraźnie wskazuje na to, że omawiane tu sprawy były dla autora czymś więcej, niż tylko kwestią intelektualną. W  jakiś przedziwny sposób, który można łatwiej wyczuć, niż opisać, w myśli Chestertona ogniskuje się wokół tej postaci ogromne mnóstwo wątków, refleksji i intuicji, dotyczących najróżniejszych kwestii; przede wszystkim Anglii, jej ludu, jej historii, jej ziemi, ale także ludzkiej niedoskonałości i tajemnicy naszych dróg pod niebem, przypadków dziejowych i pozornego bezsensu naszych poczynań, upływu czasu, przed którym nie ma ucieczki i przedziwnego działania Bożej Opatrzności, którego nie rozumie się tym bardziej, im bardziej się je poznaje. A jednak, trudno nie odnieść wrażenia, że próbując zrozumieć Williama Cobbetta w tych wszystkich kolosalnych i nieuchwytnych kontekstach, Chesterton próbuje zrozumieć przede wszystkim siebie; osiągnąwszy już przecież prawie pięćdziesiąty rok życia, ma naturalne prawo do pewnych rozliczeń. I jeśli chcemy rzeczywiście pojąć owo osobliwe i piękne universum, jakim był przenikliwy umysł tego wrażliwego i dobrego człowieka, zwyczajnie nie możemy pominąć tej niezwykłej, a przez tak długi czas bardzo lekceważonej książki o człowieku, który poniósł porażkę – ale jednak wygrał; często się mylił – ale zawsze mówił prawdę; który działał niezdarnie – ale działał tak jak trzeba; i który przy wszystkich swoich straszliwych niedoskonałościach, po prostu nie mógł być inny, niż był. Człowieka, który jako jedyny działacz polityczny na świecie, stał się dla Chestertona przedmiotem prawdziwego podziwu; i w którym dostrzegał on, poniekąd, samego siebie.

Wspomnieliśmy o Anglii; i jest to również temat, którym pragnąłbym zakończyć tę krótką refleksję. Jak zawsze bowiem u Chestertona, to, co osobiste, zawsze pojawia się jakby na tle jego ojczyzny. Był wielkim patriotą; i myśl patriotyczna, myśl przepojona płomienną miłością do własnego kraju i narodu, ale niepozbawiona krytycyzmu i dystansu, stanowi tu jakby podszewkę wszystkich innych treści – czy może raczej glebę, z której wyrastają. Warto powiedzieć jeszcze raz: kraju – i narodu; bo, jak zawsze, patriotyzm Chestertona jest patriotyzmem narodowym. Jest lojalnością nie wobec państwa, nie wobec instytucji, nie wobec konkretnych ludzi, monarchy czy kościoła, ale przede wszystkim lojalnością wobec pewnej wspólnoty jako wspólnoty – wspólnoty ludzi autentycznie związanych więzami historii, tradycji i woli, które sprawiają, że Anglia to naprawdę ich ziemia, a angielszczyzna to naprawdę ich język. Warto przyjrzeć się, dzisiaj, w dobie ewidentnego odrodzenia myśli nacjonalistycznej, charakterowi tej lojalności. Warto dostrzec, jak naturalnie i nienachalnie idea narodowa wplata się w każdą większą refleksję tego wielkiego pisarza; stanowiąc po prostu jego własny i wewnętrzny (co nie oznacza, że pozbawiony elementów teoretycznych) sposób myślenia o wspólnocie ludzkiej – a nie tylko zewnętrznie przyswojony pogląd czy zespół poglądów. W  tym kontekście wyraźnie widać, że rację miał Roman Dmowski, gdy mówił, że nacjonalizm nie jest ideologią taką jak wszystkie inne. A jednak – samo wspomnienie tego wielkiego nazwiska tym dobitniej podkreśla niezwykłość Chestertonowskiej myśli; bo nacjonalizm Chestertona, pomimo wszelkich podobieństw, nie jest nacjonalizmem Dmowskiego. Wolny od jakiegokolwiek kultu siły i skuteczności, wrogi wobec wszelkich form materializmu i darwinizmu, nieufny wobec nauki (a przynajmniej tego, co zwykło nazywać się naiwnie „światopoglądem naukowym”), niemal romantyczny, dogłębnie chrześcijański – źródłowo chrześcijański, stanowi jakość, której trudno uświadczyć u bardziej uznanych filozofów rzeczywistości narodu; jakość, którą wielu określiłoby mianem archaizmu. Pozwalam sobie jednak w tej materii na odmienność opinii; i uważam, że nie byłoby dla naszej Ojczyzny lepszej perspektywy, niż gdyby polska idea narodowa, polski nowoczesny patriotyzm, którego nie da się ograniczyć do jednego, nawet najlepszego programu politycznego, poszedł drogą, którą wskazuje mu właśnie myśl tego niezwykłego pisarza. Zgadzam się z nim bowiem również i co do tego, że czasami słabość jest największą siłą, a małość największą wielkością. I że gdybyśmy spojrzeli nawet na samą ziemię, na której przyszło nam nie tylko mieszkać, ale i w bardzo głębokim sensie żyć, przez pryzmat tej właśnie wiary – i tego właśnie ducha, być może, że ujrzelibyśmy ją w zupełnie nowym świetle; i że może doszlibyśmy w końcu tam, gdzie pragnie nas mieć owa przedziwna i nieodgadniona wola, która rzekła nam przecież: „Idźcie – i czyńcie sobie ziemię poddaną”.

Bo Jego myśli nie są myślami naszymi – a drogi Jego drogami naszymi.

Pozostaje mi mieć nadzieję, że niniejsza książeczka stanie się dla wszystkich, którzy ją przeczytają, inspiracją do dogłębnej refleksji nad chrześcijańskim charakterem ustroju społecznego; i że kiedyś, być może za wiele lat, ktoś zrobi dla Chestertona to, co on sam zrobił dla Williama Cobbetta. I że obecne i przyszłe pokolenia Polaków będą w stanie zrobić dla Polski to, co ci dwaj mężczyźni zrobili dla Anglii.

Maciej Wąs

Środa Popielcowa,

01 III 2017 r.

Zapraszamy do lektury!

Przeczytaj też: