Maciej Wąs: Adam Mickiewicz jako dystrybucjonista (?)

Adam Mickiewicz jako dystrybucjonista (?)

 

O Adamie Mickiewiczu powiedziano już bardzo wiele – i w sumie trzeba by być trochę szaleńcem, aby chcieć dodać od siebie coś odkrywczego (już samo stwierdzenia kładzie mi artykuł, bo truizmem – i to bardzo nędznym). Fakt jednak faktem, że nawet o rzeczach oczywistych można coś tam ciekawego wykrzesać – o ile tylko zobaczy się je we właściwym świetle. Osobiście, nie przestaję oglądać różnych wykwitów twórczego ducha mistrza Adama w najróżniejszych zupełnie warunkach oświetleniowych; i uważam, że choć medycyna współczesna obwieszcza, że oczom w ten sposób gorzej, to wielu osobom w Polsce ta niewinna praktyka wyszłaby na zdrowie.

Czy zaś udało mi się wyciągnąć z niej coś sensownego, czy nie, opowieść niniejsza pokaże.

Zajmiemy się tutaj kwestią relacji Adama Mickiewicza do myśli dystrybucjonistycznej; temat jest tym ciekawszy, że jeszcze nie do końca go rozgryzłem; nie mam więc pojęcia, gdzie mógłby nas zaprowadził w efekcie końcowym. Z oczywistych względów, nie jest moim pragnieniem napisanie tutaj doktoratu; chodzi nie tyle o to, by kwestię wyjaśnić, ale ją zarysować i ewentualnie wzbudzić kimś nieodpartą (oczywiście) żądzę zajęcia się nią we własnym zakresie. Dla tego celu też, postanowiłem zachować przypisy spośród mrowia elementów tej sztywnej pompy – bo zawsze ktoś mógłby chcieć sobie poczytać.

A warto; pamiętam, jak ze zdziwieniem (choć już nie tak wielkim, jakie byłoby ono jeszcze kilka lat temu) natrafiłem u znakomitego historyka myśli nacjonalistycznej, Piotra Altera, Niemca, na słowa o „unikalnym mesjanizmie humanitarnym Adama Mickiewicza” (czy coś w ten deseń). Wychowani na Gombrowiczowskiej kampanii „g***wniarstwa” przeciw geniuszowi, nie zwracamy uwagi, że ten geniusz naprawdę był (a przynajmniej bywał) genialny; i, jak to zwykle jest, gdy Niemcy chełpią się swoim Heglem, którego nie da się czytać i w sumie nie warto, my nasze własne dziedzictwo uznajemy za stertę śmiecia, przepraszając Europę za to, że w ogóle naszym rodakom zdarzyło się coś napisać.

„A Polacy nie gęsi i swój język mają” (skoro już brnę w te banały).

Ad rem, niniejszym. Zacznijmy z wysokiego „C”; Adam Mickiewicz był dystrybucjonistą.

No tak, tylko co to znaczy? Swego czasu zdarzyło mi się popełnić ze dwie (chyba?) definicje dystrybucjonizmu, żadna jednak nie odznacza się taką zwięzłością, jakiej bym sobie tutaj życzył. Trzeba nam zatem sięgnąć do innego źródła i na podstawie cennych notatek naszego gospodarza, pana Pawła Kalinieckiego, powiedzieć, że dystrybucjonizm to filozofia społeczna i polityczna, próbująca zorganizować życie wspólne na zasadzie możliwie jak najpełniejszego uwłaszczenia rodzin (bo nie jednostek jako takich)[1].

Mało, ale wystarczy.

Dodajmy, że właściwie rozwinął się on w pierwszej połowie wieku XX, głównie za sprawą dwóch wielkich osobowości, panów Hilarego Belloca (1870-1953) i Gilberta Keitha Chestertona (1874-1936)[2]. Jest zatem wynalazkiem dosyć późnym. Co to ma do Mickiewicza, który żył przecież w latach 1798-1855?

Oczywiście, nie chodzi mi o to, że Mickiewicz był dystrybucjonistą w ścisłym tego słowa znaczeniu; myśl owa jednak ma to do siebie, że jest wyjątkowo mocno zakorzeniona w historii (ze względu na wielość źródeł i charakter bardzo praktyczny tak trudno ją czasem jasno określić). Gospodarz nasz wymienia, by tak rzec, kilka nazwisk, o których większość z nas zapewne nie słyszała (mniemam, że nie ma tu wstydu): Alban de Villeneuve-Bargemont, Armand de Melun, Frédéric Le Play, bp Wilhelm Emmanuel von Ketteler, Heinrich Pesh, Karl von Vogelsang, William Cobbett, William Morris, John Ruskin, Ludwik Górski, ks. Antoni Szymański…[3] Może wystarczy. No, wspomnijmy może jeszcze o takim egzotycznym myślicielu, jak Leon XIII. Nie chodzi mi tu jednak o to, żeby szafować nazwiskami, ale aby pokazać, że to dosyć długa tradycja, posiadająca licznych prekursorów.

Tak naprawdę, to po prostu długi łańcuch prób teoretycznego sformułowania specyficznie europejskiej praktyki obchodzenia się z własnością; dominacji majątku nieruchomego nad ruchomym, rolnictwa nad handlem (co sięga jeszcze czasów rzymskich)[4], zespołem tradycji i instynktów życia osiadłego.

No i tak – twierdzę, że Mickiewicz jest właśnie jednym z takich prekursorów.

Póki co, w moich krótkich medytacjach, udało mi się wyłuskać kilka punktów zaczepienia. Postaram się je tutaj pokrótce przybliżyć.

Pierwszy punkt jest nader przyjemny, ponieważ metody dostarcza nam tutaj sam GKC. Jak niektórzy może pamiętają, podczas swojej podróży do Anglii wygłaszał on wykłady zatytułowane „Poezja i własność prywatna”; rozkosznie przypominając wszystkim zdziwionym, że William Butler Yeats również wie, choć to może zaskakujące, „ile grządek fasoli daje dziewięć”, a „pewien poeta z grupy ‘Plejada’ pamięta dachówki swojego domu tak dokładnie, że mógłby je policzyć”[5]. Zastanówmy się zatem – czy jest gdzieś u Mickiewicza podobny passus?

No cóż, równie dobrze moglibyśmy przywołać ten:

 

W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,

Był maleńki ogródek ścieżkami porznięty

Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.

Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek;

Grządki, widać, że były świeżo polewane,

Tuż stało wody pełne naczynie blaszane[6].

 

Scena niniejsza z „Pana Tadeusza” rozgrywa się, oczywiście, gdy tytułowy bohater powraca do domu rodzinnego w Soplicowie – i tuż przed tym, jak po raz pierwszy na oczy widzi Zosię.

Swoją drogą, to inna, ciekawa możliwość interpretacji. Wiemy przecież z tekstu poematu, że ogródek ów, rosnący tam, gdzie niegdyś były pokrzywy, sadzony jest i pielęgnowany ręką kobiecą. Być może, że to jednak coś tam o czymś mówi.

Wracając jednak do tematu, nie można chyba zaprzeczyć, że skoro Soplicowo jest w „Panu Tadeuszu” poniekąd, zgodnie ze słowami pani Aliny Witkowskiej, „centrum polszczyzny”[7], jednym wielkim wspomnieniem polskiej kultury szlacheckiej – to tak wyraźna obecność w nim instytucji ogródka warzywnego, rzeczy cokolwiek niepozornej, szczególnie z punktu widzenia spraw wielkich, jest dosyć interesująca.

Ogródek warzywny – w centrum polszczyzny? Przecież w centrum polszczyzny jest tylko Pałac Kultury… No i kilka wieżowców dla wielkich „korporacji”. Widuje się je, skądinąd, podczas podróży do stolicy, stalowo-szklane molochy, przypominające szkielety fantastycznych gadów.

Co tym bardziej podkreśla osobliwość ogródka.

Oczywiście, mistrz nasz na tym się nie zatrzymuje. Gdy pan Hrabia, zapoznając się ze swoim nowym dziedzictwem, jeździ na koniu między dworem a zamkiem – i co widzi?

 

                                                    Był sad. —

Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,

Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.

Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,

Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;

Tam, plącząc stronki w marchwi zielonej warkoczu,

Wysmukły bób obraca na nią tysiąc oczu;

Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;

Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,

Który od swej łodygi aż w daleką stronę,

Wtoczył się jak gość między buraki czerwone[8].

 

Opis ten ciągnie się jeszcze sporo wersów dalej, ale może tyle wystarczy na tak skromny szkic. Znów, uderza tutaj żywość i świeżość opisu, ale – zwróćmy uwagę – nie jest to żywość „poetycka” we współczesnym tego słowa znaczeniu (czyli nie jest to sztuka dla sztuki czy jakaś wysilona „defamiliaryzacja”), tylko sprawa bardzo praktyczna; podobnie jak w słynnym casusie bigosu, Mickiewicz daje nam poetycki poradnik. W tym wypadku: poradnik, jak organizować działkę pod sadem.

Co ciekawe, hrabia również widzi w tym ogródku „ogrodniczkę”, Zosię, i również nie omieszkuje zaraz się w niej zakochać. Co jest z tym miejscem, że tak działa na męską duszę?

Niezależnie od tej kwestii, fakt wydaje się faktem, że dla poety tego typu własność: nieruchoma, żywa (rolna) i tak mała, że może zadbać o nią jedna osoba, jest, po prostu, sprawą piękną. Czy, jako (jak mniemam) chestertoniści, nie zetknęliśmy się wcześniej z czymś podobnym?

Kilkanaście metrów za popiersiem Mangana mieścił się wzorowy ogródek warzywny, bez żadnego gospodarstwa jak okiem sięgnął, uporządkowany w grządki ziemniaków, kapusty i rzepy, niczym żywy dowód na to, jak wiele można zrobić z akrem ziemi. I zdałem sobie sprawę, jakby w przebłysku wizji, że porządek ten powtarza się niczym wzór na całej szerokości nowej Irlandii. A gdzie jest prawdziwy ogródek warzywny, tam jest i prawdziwe gospodarstwo – i to w żadnym wypadku nie gospodarstwo komunalne. Jest to bardziej typowe nawet niż poeta i kwiaty – ponieważ te kwiaty to także realne jedzenie i ta poezja to także realna własność. Własność, która, jeśli się ją porządnie rozdystrybuuje, staje się poezją zwyczajnego człowieka[9].

Podobieństwo tych dwóch spojrzeń literackich jest wprost uderzające. I chodzi tutaj nie tylko o sprawę fascynacji drobną własnością rolną, ale nawet o rzecz tak, wydawałoby się, odległą od zainteresowań potocznych, jak stosunek poezji i praktyki gospodarstwa. Jak widzimy, dla Chestertona te dwie sprawy w osobliwy sposób przeplatają się ze sobą, tak, że zdaje się istnieć między nimi niemalże ścisły związek; jakby europejska poezja wynikła w pewien sposób z europejskiego gospodarstwa.

Być może i jest w tym jakiś sens; ciekawym przedsięwzięciem byłoby zbadać w tym kontekście, na przykład, całą tradycję poezji poświęconej wsi, od „Georgików” począwszy. A cóż dopiero powiedzieć o naszej „Pieśni o sobótce”?

Co u Chestertona znajduje wyraz w eseistycznym obrazie, u Mickiewicza zawiera się w założeniach. Sam wybór przedmiotu wskazuje na to dosyć jednoznacznie, a sposób przedstawienia dopełnia całości. Mały ogródek warzywny, jako taki, bez żadnych niepotrzebnych upiększeń czy udziwnień (bo mniemam, że niewinne metafory czy personifikacje o kapuście dumającej nad losem jarzyny nie są „udziwnieniem” w ścisłym tego słowa znaczeniu; swoją drogą, zastanawiam się, dlaczego nikt mi dotąd nie zwrócił uwagi, że nasza epopeja narodowa jest naprawdę zabawna), jest miejscem pięknym, godnym wyrazu poetyckiego; i miejscem, gdzie ludzi, nastrojonych lirycznie, dosięgają strzały Kupida.

Czyli nie dziki bór, a niepozorna działka. Ciekawe, czy to romantyczne, czy nie.

Podkreślmy raz jeszcze, że jest to mały ogródek prywatny. To jest bardzo istotne. Zosia jest w tym miejscu naprawdę u siebie; ta skromna przestrzeń, którą ona ogarnia, według słów znawcy tematu „okiem i rozumem”[10], a także własną pracą, rzeczywiście stanowi w jej wypadku przestrzeń, że tak powiem, „samorealizacji”, gdzie ludzkie serce i rozum uzewnętrzniają się w otaczającym je świecie.

Może to zresztą właśnie przyczyna, dla której tak się tam w niej namiętnie mężczyźni zakochują? Mężczyźni, jak się wydaje, przepadają za kobietami pełnymi godności.

Niczego tutaj nie przesądzam, po prostu się zastanawiam. Mamy zatem trop pierwszy: poezja i własność prywatna… w „Panu Tadeuszu”.

O dwóch następnych punktach bardzo krótko, bo są znacznie bardziej oczywiste.

Jak wiemy z przywoływanego już artykułu Pawła Kalinieckiego, dystrybucjonizm jest filozofią w źródłach swych chrześcijańską[11]; i rzeczywiście – sami dystrybucjoniści nigdy nie ukrywali tego, skąd się się wzięli. W wypadku Chestertona, jednym z piękniejszych środków wyrazu tej prawdy jest poetycki obraz z książki „Nowe Jeruzalem”, w którym ludzie antyku, przechodząc przez symboliczny „tunel” wieków ciemnych, „wyszli” w końcu „na powierzchnię na świecie cudowniejszym, niż jakikolwiek, na jaki kiedykolwiek przedtem lub potem spoglądały ludzkie oczy; usłyszeli oni uderzenia młotków setek szczęśliwych rzemieślników, raz jeden w historii pracujących zgodnie z własną wolą, i ujrzeli św. Franciszka, przemierzającego ziemię z aureolą wokół głowy, w towarzystwie całej chmary ptaków”[12].

Światem tym był, rzecz jasna, europejski wiek XIII.

Dystrybucjonizm odwoływał się zatem do historii i teorii chrześcijańskiego ustroju społecznego.

A co z Mickiewiczem? Pomijając kwestie związane ze smutnym epizodem „towiańskim”, wydaje się, że również miał z tą sprawą coś wspólnego. Bardzo interesujące są w tym kontekście słowa napisane przez poetę bodaj w roku 1838, w niedokończonym dziele „Pierwsze wieki historii polskiej”. Oceniając z perspektywy swojej filozofii historii postać Bolesława Chrobrego, rzuca on w pewnym momencie taką oto uwagę: „Państwo nasze rosło, rozszerzało się, krzepiło tym właśnie, co niechrześcijanie zowią głupstwem, to jest rzetelnością w układach, otwartością w działaniach, miłością swojej, wstrętem do cudzej własności”[13].

Mickiewicz również zatem łączył kwestie społeczne, w tym kwestie własnościowe, z zagadnieniem ustroju chrześcijańskiego (w tym samym dziele nazywając politykę chrześcijańską wręcz treścią polskiego „ducha narodowego”). Zresztą, biorąc pod uwagę pewne informacje dostarczane przez panią Witkowską, można zacząć zastanawiać się, czy związek Mickiewicza z dystrybucjonizmem nie był mniej skomplikowanej natury. Poeta był wielkim zwolennikiem reform uwłaszczeniowych[14], w swoim „Składzie zasad” zaś, w późnym okresie swej myśli, deklarował, jak sama autorka stwierdza – „nieprecyzyjnie” – „Każdej rodzinie rola domowa pod opieką gminy, każdej gminie rola gromadna pod opieką narodu”[15]. Pani Witkowska interpretuje ten fragment jako ciążący ku komunizmowi, znając jednak ograniczenia poprzedniej epoki, możemy stwierdzić, że istnieje tutaj pewne pole do dyskusji.

Bo może chodzi jednak o co innego?

W każdym razie, dysponujemy kolejnym tropem do przemyśleń.

Inną cechą charakterystyczną dla dystrybucjonizmu, o której warto tutaj wspomnieć, jest charakter prodemokratyczny, względnie pewna „ludowość”, wypływająca przecież logicznie z podstawowych założeń. Jeżeli mówi się o „upowszechnieniu własności”, to siłą rzeczy działa się i mówi w imieniu ludu, upomina się o prawa tzw. „mas”. I rzeczywiście, Chesterton zawsze starał się mówić i działać w imieniu tzw. „common man”. W zależności od czasu przybierało to różne formy. Sheridan Gilley, zastanawiając się nad kwestią świętości GKC, nazywa go – w swojej ogólnie dosyć skrajnej interpretacji – „anty-elitystą, populistą, demokratą z serca i z duszy, okazjonalnie nastawionym nieco krwiożerczo”[16]. Nie jest to tak do końca prawda; Gilley pomija całkiem sporo z tych elementów myśli Chestertona, które łagodziły radykalizm jego poglądów, na przykład: fakt, że po nawróceniu na katolicyzm zaczął on pełniej doceniać „ludowy” charakter monarchii średniowiecza[17], czy też jego wypowiedzi skierowane wyraźnie przeciwko krwawemu przewrotowi w ówczesnej Anglii[18]. Fakt jednak pozostaje faktem, że Chesterton zawsze pozostał „radykałem, jawnie sympatyzującym z tradycją rewolucyjną”[19] – starając się jednocześnie, i może nieco paradoksalnie, uczynić ze swych poglądów ideę zgody społecznej.

A jak to wygląda u Mickiewicza? Znów: bardzo podobnie (mam nadzieję, że nie robi się to przesadnie nudne…). Mickiewicz również zawsze opowiadał się po stronie, nazwijmy to nieprecyzyjnie, tradycji rewolucyjnej czy „rewolucji” ogólnie pojętej (wiem, że to dziwne tak mówić, ale wielu tak mówi), będącej dla niego, według słów pani Witkowskiej, „swego rodzaju irracjonalną ekspresją duszy ludu”[20], który to lud „wybierał” poeta (czy właściwie – publicysta, mowa bowiem o jego publicystyce z lat 30 XIX wieku), „przeciw mędrkom”[21], i który uważał za nosiciela tych pozarozumowych źródeł poznania, które „Mickiewicz-romantyk od dawna cenił najwyżej”[22].

Więcej nawet; w okresie Wiosny Ludów, miał się poeta polski, głosząc konieczność wyzwolenia ludu, stać „wybitną osobistością polityczną i postrachem opinii konserwatywnej”[23].

Chodzi więc o to, aby lud „wyraził swą duszę” w życiu społecznym; czyli, mówiąc wprost, aby jego natura, jego usposobienie, jego wola, znajdowały realny wyraz w polityce. Aby lud – rządził; czy samo-rządził?

Na pewno jednak uwagi pani Witkowskiej, bardzo wyraźnie skażonej (no, przepraszam, ale jak to nazwać inaczej?) marksizmem, nie wyczerpują tematu; ponieważ z pewnością „populizm” Mickiewicza, łączony przez nią z tradycjami ruchu socjalistycznego, nie miał charakteru wielkiego uproszczenia, ale również próbował, przynajmniej w niektórych momentach, raczej budować mosty, niż dzielić i antagonizować. I tak, by sięgnąć tutaj jeszcze raz do naprawdę genialnych momentami „Pierwszych wieków…”, autor ich nazywa lud polski kontynuatorem „pracy” dziejowej i „młodszym bratem” stanu szlacheckiego, uznając niewątpliwie zasługi historyczne i wartość narodową tej duszy Polski jagiellońskiej[24].

Chodzi więc raczej o jedność narodową, niż walkę klas. Nawet rewolucja jest, w pełnym tego słowa znaczeniu, „tradycją”; jest przekazaniem pewnych rzeczy – dalej.

Czy ktoś inny nie powiedział przypadkiem czegoś podobnego?

Znów: za mało czasu i materiału, abyśmy mogli cokolwiek ostatecznie stwierdzić; możemy jednak z całą pewnością iść dalej zlokalizowanym tutaj tropem. Mickiewicz, podobnie jak Chesterton, łączył ideę uwłaszczenia ludu z politycznym ideałem demokracji. Niezależność ekonomiczna rodzin musi spleść się z ich niezależnością polityczną.

Tak się przynajmniej wydaje.

A zatem, udało nam się zlokalizować trzy punkty zaczepienia, w których możemy dopatrywać się podobieństw między myślą Adama Mickiewicza a teorią dystrybucjonizmu angielskiego: ideał drobnej własności prywatnej, przemyślany i „przeczuty” tak intensywnie, że znajdujący swój wyraz w poezji, poszukiwanie chrześcijańskiego ustroju społecznego, oraz ludowość, względnie: demokratyzm. Czy to znaczy, że teza wyjściowa się potwierdziła?

Bardzo trudno to orzec – w ogóle zresztą nie o to tutaj chodziło. Sprawa z pewnością wymaga dalszego zainteresowania. Nie sądzę, aby było o nie łatwo. Nie jestem „mickiewiczologiem”, jednak zanim siadłem do pisania, starałem się coś-niecoś na temat poczytać. W słynnej „Encyklopedii”, w tworzeniu której pierwsze skrzypce grał Jarosław Marek Rymkiewicz, hasło „własność”, według mojego wywiadu, nie figuruje. Być może, że dla polskich krytyków wciąż sformułowanie „poezja i własność prywatna” to, wedle słów GKC, „czcza zabawa w aliterację”.

Pozostaje poczekać.

Jeżeli jednak faktycznie tak się stało, to znaczy: jeżeli okazało się, że nasze „wysokie C” z początku tego szkicu jest jakoś-tam oparte na prawdzie, warto zastanowić się nad konsekwencjami. Jeżeli bowiem między poglądami dwóch ludzi (funkcjonalnie redukujemy tutaj dystrybucjonistów do samego GKC), urodzonych w dwóch zupełnie różnych kulturach, językach i krainach, i w odstępie mniej-więcej stu lat, z których młodszy z całą pewnością nie czytał starszego, zachodzi tak znacząca zgodność, może to oznaczać zasadniczo dwie rzeczy.

Albo, że wydarzył się jakiś cudowny i zagadkowy przypadek.

Albo, że dystrybucjonizm nie jest teorią taką, jak inne, ale wyrazem czegoś znacznie głębszego, pewnego ducha, czy jak to tam zwać, cywilizacji Zachodu, który przerasta poszczególne epoki.

I który może stać się kluczem do zrozumienia zasadniczych pierwiastków jej jedności wobec wszystkich zmieniających się warunków.

T.S. Eliot nazwał kiedyś poglądy Chestertona „jedynymi fundamentalnie chrześcijańskimi ideami jego czasów”. To również rzecz, którą nie będziemy się tutaj zajmować. Gdyby jednak ktoś, przeczytawszy te pośpieszne notatki, doszedł do rozważania sprawy w tak krystalicznie abstrakcyjny sposób, byłbym z tego niezmiernie uradowany. Gdybym się oczywiście o tym dowiedział; póki co, pozostaje mi się radować – in spe.

            No ale nadzieja, jak mówią, zawieść nie może.

 

Maciej Wąs

[1]     Paweł Kaliniecki, „Wprowadzenie do dystrybucjonizmu”, http://www.dystrybucjonizm.pl/pawel-kaliniecki-wprowadzenie-do-dystrybucjonizmu/, pierwszy akapit.

[2]     Tamże.

[3]     Tamże, akapity 2-6.

[4]     Feliks Koneczny, Cywilizacja bizantyńska (Komorów: Antyk, 2006), ss. 33-34.

[5]     GKC, Irlandzkie impresje, tłm. JA (Dystrybucjonizm.pl, 2016), ebook PDF, s. 74. Swoją drogą, przy całej niedoskonałości tego przekładu, łezka się w oku kręci…

[6]     Adami Mickiewicz, Dzieła, tom IV: „Pan Tadeusz” (Warszawa: „Czytelnik”, 1949), s. 12.

[7]     Ryszard Przybylski, Alina Witkowska, Romantyzm (Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007), s. 296.

[8]     Tamże, ss. 55-56.

[9]     GKC, Irlandzkie Impresje, ss. 17-18.

[10]   Adam Doboszyński, Gospodarka narodowa (Wrocław: Nortom, 2004), s. 75.

[11]   Paweł Kaliniecki, „Wprowadzenie do dystrybucjonizmu”, akapit 1.

[12]   GKC, Nowe Jeruzalem, tłm. JA (Chesterton Polska, 2017), ebook PDF, s. 232.

[13]   Adam Mickiewicz, Dzieła, tom VII (Warszawa: „Czytelnik”, 1999), s. 85.

[14]   Witkowska, Przybylski, dz. cyt., s. 299.

[15]   Tamże, s. 313.

[16]   Sheridan Gilley, „Chesterton: The Journalist as Saint” w: The Holiness of G.K. Chesterton, ed. William Oddie (Loeminster: Gracweing, 2010), s. 121.

[17]   GKC, William Cobbett, tłm. JA (Chesterton Polska, 2017), ebook PDF, s. 22.

[18]   GKC, The Outline of Sanity ( Rookhope: Aziloth Books, 2011), s. 31:  „To the people who have been brought into this position [dystrybucjonizmu – M.W.] many things may still be said. It will be right to remind them that mere wild revolt will make things worse and not better.  It may be true to say that certain complexities must be tolerated for a time because they correspond to other complexities, and the two must be carefully simplified together”.

[19]   GKC, Irlandzkie impresje, s. 75.

[20]   Przybylski, Witkowska, dz. cyt., s. 295.

[21]   Tamże.

[22]   Tamże, s. 294.

[23]   Tamże, s. 312.

[24]   Adam Mickiewicz, Dzieła, tom VII, s. 117. Wieszcz mówi tam, że polska szlachta, gdy Zachód się zestarzał, „wzięła w rękę miecz krucjaty”. To dosyć odważny komplement.

Przeczytaj też: