John C. Médaille: Za wielcy, by upaść?

***

Według Médaille’a własność liczy się szczególnie wtedy, gdy jest produktywna dla dobra całej wspólnoty i gdy buduje odpowiedzialność, a to właśnie zapewnia dystrybucjonizm, który w tej roli sprawdza się najlepiej, i realnych przykładów jest w tej mierze wiele. Dlatego tak ważne wydaje się według autora ponowne umoralnienie rynków, bo bez tego owe rynki nigdy nie osiągną trwałej równowagi, zerwania z trawiącym je chaosem, a gospodarki będą się ciągle zadłużać, wymagać interwencji rządów, subwencji, dotacji, regulacji i nowych, wyższych podatków. Médaille by udowodnić swoją tezę, przedstawia liczne rzeczowe i sugestywne przykłady oraz argumenty. Wzywa, by również w nauce ekonomii rozpocząć marsz ku moralności i normalności opartej na solidnej teorii dystrybucjonizmu, uwzględniającej chrześcijańskie dziedzictwo i prawdziwy humanizm. Bardzo polecam tę, wybijającą się na rynku wydawniczym, wartościową pozycję i gratuluję wydawcy dobrego wyboru.

Janusz Szewczak

***

[…] Co więcej, ludzie nie defniują samych siebie wyłącznie w kategoriach pracy najemnej. W pewnym momencie (z wyjątkiem sytuacji patologicznych) ludzie nabędą wystarczającą ilość środków, by móc poświęcić swój czas innym rzeczom, zazwyczaj będą to nieodpłatne prace wykonywane w rodzinach, ale też różnego rodzaju hobby, wolontariat itp. Tak się składa, że przyszło nam żyć w społeczeństwie konsumpcyjnym, a konsumpcjonizm możemy zdefniować jako próbę manipulowania publiczną percepcją w taki sposób, ażeby linie bezpieczeństwa i bogactwa przesunąć „na północ”, aby ludziom zawsze towarzyszyło poczucie niepewności i ubóstwa, a co za tym idzie, aby więcej czasu poświęcali pracy zarobkowej i zaczęli coraz więcej pieniędzy przeznaczać na konsumpcję. Dla człowieka jednak nie jest to stan „naturalny”. Uzyskanie go wymaga ogromnych nakładów związanych z wprowadzaniem w błąd, zwykle poprzez reklamę i formy manipulacji społecznej, których celem jest przekonanie ludzi, że ich szczęście uzależnione jest wyłącznie od „rzeczy”, a nie osób. Stanowi to ogromny hamulec gospodarki, gdyż miliardy dolarów wydawane na reklamy konkurują z funduszami wydawanymi na cele produkcyjne, co więcej, podejście to zniekształca również nasze wyobrażenia na temat pracy.

Wreszcie,możemy zauważyć, że z punktu widzenia pracodawcy, największe zyski pojawiają się wówczas, gdy płace utrzymywane są na poziomie zapewniającym przeżycie. To właśnie w tym punkcie najmniejszy wzrost płac powoduje największy przyrost pracy. Wydaje się, iż pracodawcy skrycie wierzą, że w ich najlepszym interesie leży utrzymywanie płac między poziomami przeżycia i komfortu, zmniejszanie bezpieczeństwa pracowników, a zatem też większe ich uzależnianie. Oczywiście jest to nieporozumienie, ponieważ, jak zauważa G. K. Chesterton: „zmniejszając żądania płacowe swego sługi”, pracodawca zmniejsza również ilość pieniędzy, „które jego klient może wydać”. Mówiąc prościej, pracownik i konsument to jedna i ta sama osoba. Utrzymując pensje na niskim poziomie, traci się równowagę, a korzyściom pracodawców odpowiadają straty w całej gospodarce.

PRACA I PRACOWNIK

Podstawowe założenie ekonomistów dotyczące utowarowienia pracy głosi, że ludzie czują awersję do pracy; praca to „nieużyteczność”, czyli coś, czego należy unikać. Jak ujął to Jeremy Bentham: „Awersja jest emocją – jedyną emocją, którą praca zdolna jest sama z siebie wytworzyć. […]umiłowanie pracy to wewnętrzna sprzeczność”. Awersję tę należy pokonać groźbą głodu lub też, gdy nie jest to możliwe, obietnicą wysokich nagród. Ironia tego stwierdzenia polega na tym, że Bentham pracował długo i ciężko, aby móc je napisać, a w dodatku nikt mu za to nie płacił. Prawda jest taka, że ludzie uwielbiają pracować. Człowiek wraca do domu po ciężkim dniu pracy i natychmiast udaje się do swojego warsztatu lub ogrodu. Lub też, jeżeli jest to naprawdę dziwaczna osobowość, rozsiada się wygodnie i pisze książki o ekonomii politycznej. Ludzie uwielbiają osiągać swoje cele i przyczyniać się do powstawania różnych rzeczy, uwielbiają demonstrować swoje umiejętności i biegłość w opanowaniu konkretnych technik produkcji. Większość z nas uważa lenistwo w czystej postaci za coś ciężkiego i niewesołego, dlatego też sami szukamy sobie zajęć, nawet jeśli nikt nam za to nie płaci. Dopiero od momentu wynalezienia telewizji ludzie odwracają się od nudów i lenistwa tylko po to, by spędzać długie godziny przed ekranem.

Człowiek jest nie tyle niechętny pracy jako takiej, co raczej pracy wykonywanej w poniżających lub uciążliwych warunkach, nudnej i powtarzalnej, niewymagającej ćwiczenia umysłu, na którą nie patrzy się z uznaniem lub tej, przy której w pracowniku nie dostrzega się wartości większej niż ma trybik w maszynie. Menadżerowie wychowani na współczesnej ekonomii dostrzegą w tych przykładach awersji do niektórych form pracy odrazę do pracy jako takiej, będą więc stosować chybione techniki organizacyjne i zarządcze, aby pokonać awersję, która tak naprawdę nie istnieje.

CZY MATKI SĄ BEZUŻYTECZNE?

W rozdziale czwartym przedstawiliśmy ekonomiczną teorię bociana (ETB), autorstwa Johna Muellera, która ukazała nam, że ekonomiści nie potrafą sensownie wyjaśnić faktu pojawiania się pracowników w gospodarce. Nawet gdy zechcą pracownika „utowarować”, nie potrafą wyjaśnić „procesu produkcji” tego „towaru”; pracownik tajemniczo „pojawia się” w gospodarce. Ekonomiści skłonni są wypowiadać się na temat procesu produkcji innych „towarów”, takich jak świnie lub sztaby żeliwne. Wiedzą, że ceny tych towarów muszą pokryć koszty produkcji, utrzymania i amortyzacji, w przeciwnym razie towar po prostu zniknie z rynku. Jeśli jednak chodzi o pracę, nie mają ochoty przyznać, że również ona jest „produkowana” i wiążą się z nią koszty produkcji, utrzymania i amortyzacji. Innymi słowy, dokonują utowarowienia pracy, a następnie nie są skłonni mówić o niej tak, jak wypowiadają się o każdym innym towarze. Dlatego też teoria neoklasyczna jest niekompletna nawet na własnych warunkach, nie potraf bowiem uwzględnić tego podstawowego „towaru” w jego pełni i akceptuje jego powstawanie znikąd.

Z teorią Muellera związany jest pewien dodatkowy i dość ciekawy wniosek. Według ETB w gospodarce jedyną pracą „użyteczną” jest praca w zamian za pensję lub inne korzyści ekonomiczne; istnieją zatem tylko dwa rodzaje działalności człowieka: praca i wypoczynek. Dlatego w teorii tej mamy wyłącznie dwa rodzaje jednostek – jednostki częściowo użyteczne (JCU) i jednostki kompletnie bezużyteczne (JKB).

JCU są użyteczne częściowo, ponieważ pewną część swego czasu spędzają na „pracy”, produkując towary na potrzeby gospodarki wymiennej. Jednakże JKB nie „pracują” w ogóle. Zamiast tego niektóre z nich, znane też jako „matki”, spędzają czas na takich czynnościach rekreacyjnych jak doglądanie zwierzątek domowych; niektóre z tych zwierzątek nazywane są „kotami” lub „psami”, a inne „dziećmi” (te akurat stanowią inną odmianę JKB).

Ponieważ zgodnie z ETB standard życia to wynik korzystnego stosunku kapitału do pracy, zwiększenie liczby JCU nie powoduje wzrostu standardu życia, chyba że towarzyszyć mu będzie co najmniej równy przyrost kapitału. Innymi słowy, poziom życia można zwiększyć przez redukcję liczby osób lub przynajmniej spowolnienie przyrostu populacji. Dlatego kluczowym elementem wzrostu gospodarczego jest kapitał, ludzie natomiast wzrost ten hamują. Na płaszczyźnie politycznej konsekwencje są takie, że podatków nie należy nakładać na kapitał, lecz na ludzi, a konkretnie na ludzką pracę lub konsumpcję. Działania
te zniechęcą do tworzenia nowych JCU i JKB, a jednocześnie zwiększą stosunek kapitału do pracy.

PROCES WYMIANY I UŻYTEK WŁASNY

Mueller wskazuje, że największym błędem ETB jest nieumiejętność dostrzeżenia faktu, że to rodzina stanowi podstawową jednostkę gospodarczą. W rodzinie wybór dokonuje się nie tyle między pracą i wypoczynkiem, co między produkcją na cele wymiany i produkcją na własny użytek. Oczywiście, teoria ekonomiczna nie posiada po prostu metod uwzględniania produkcji na własny użytek, choć właśnie w niej tkwi całe sedno produkcji na cele wymiany; pracujemy bowiem, aby zarobić pieniądze na zakup mięsa i ziemniaków, które następnie wykorzystujemy do produkcji obiadu. Produkcja na użytek nie pojawia się w PKB, lecz PKB faktycznie ją zakłada. I rzeczywiście, produkcja na własny użytek stanowi największy pojedynczy segment gospodarki, choć nie znajdziemy jej w raportach rządowych i w żadnej z tabel gospodarczych. Czynności wykonywane przez JKB, (znane szerzej jako matki), mają zasadnicze znaczenie nie tylko dla utrzymania systemu gospodarczego, ale dla utrzymania ciągłości samej cywilizacji. Ponadto zmiany społeczne ostatnich pięćdziesięciu lat doprowadziły do przesunięcia: od produkcji skierowanej na użytek własny do produkcji ukierunkowanej na wymianę. Nad zasadnością wkroczenia na rynek pracy można by debatować tak długo, jak tylko ktoś ma na to ochotę, na przykład posługując się kategorią wyzwolenia kobiet. Jednakże, jak zauważyły to, zresztą całkiem słusznie, same feministki, jeśli matkom płacono by za wszystko, co robią, to istotnie otrzymywałyby pokaźne wynagrodzenia. Jednak próby spieniężenia pracy matek, tak aby przekształcić ją z produkcji na użytek w produkcję na wymianę, są daremne i prowadzą do niekończących się debat. Po prostu nie ma wystarczającej ilości pieniędzy, aby zastąpić matki w tym, co robią na co dzień. Transfer pracy od użytku do wymiany ukazywany jest jako „wzrost” PKB, jednak nie jako wzrost rzeczywistej produkcji dóbr i usług, a najprawdopodobniej zawiera w sobie rzeczywisty spadek usług tego rodzaju i spadek ich jakości. Czy żłobki naprawdę zapewniają ten sam poziom opieki co rodzina? Czy stoiska fast foodu naprawdę mogą zastąpić rodzinne obiady?

W dodatku skutki takiej polityki są oczywiste. Zróżnicowane stawki opodatkowania kapitału i konsumpcji (lub pracy) opacznie alokują zasoby i wysyłają błędne sygnały. Jeśli masz to szczęście, że jesteś robotem, twój „dochód” obliczany jest poprzez odjęcie od twoich przychodów nettokosztów produkcji, utrzymania i amortyzacji. Ale ponieważ jesteś tylko człowiekiem, do wydatków tych z pogardą odnoszą się urzędnicy fskusa i teorie ekonomiczne, na których się opierają. Dzieci stają się raczej „produktem konsumenckim” niż zasobem w gospodarce, dlatego też nie przysługuje im ten rodzaj opieki politycznej, która roztaczana jest nad kapitałem.

Reasumując, próba utowarowienia pracy przyjmuje za fakt nieistniejący związek między wynagrodzeniami i pracą; w odniesieniu do pracy nie istnieje punkt równowagi, który określany jest wyłącznie przez popyt i podaż, dlatego też krzywa ta nie wyznacza poziomu płac. W następnym rozdziale omówimy, jak rzeczywiście ustalana jest wysokość zarobków. Co więcej, utowarowiona praca zakłóca istniejące relacje międzyludzkie, na których opiera się cała struktura gospodarcza. W końcu dochodzi do dewaluacji zarówno pracownika, jak i jego rodziny, przy równoczesnym rozwijaniu polityki, która deprecjonuje ludzi na rzecz kapitału. Społeczeństwo, które degraduje rodzinę, degraduje swoją własną przyszłość. A jeśli nie zawróci z tego kursu, to będzie społeczeństwem bez przyszłości.

John C. Médaille

Fragment: Za wielcy, by upaść. Alternatywne spojrzenie na ekonomię, czyli kurs na prawdziwie wolny rynek. 2017 ss. 98-102. Przedruk za zgodą Wydawnictwa. Zachęcamy do zakupu i lektury!

 

Przeczytaj też: