G.K. Chesterton: Szansa na powrót do zdrowia (Zarys normalności)

zarys normalnosci

ZARYS NORMALNOŚCI

ROZDZIAŁ 3.

SZANSA NA POWRÓT DO ZDROWIA

Pewnego razu, a zapewne więcej niż jeden raz, pewien człowiek zamówił kufel piwa w gospodzie. Z rozlicznych i oczywistych powodów nie wymienię go tu z nazwiska, taki opis może bowiem zostać uznany za zniesławienie; może też być pretekstem do wszczęcia postępowania policyjnego na podstawie bardziej humanitarnych praw naszych czasów. Jako że interesuje nas pierwszy z jego czynów to imię mężczyzny mogłoby brzmieć dowolnie: William Szekspir, Geoffrey Chaucer, Charles Dickens, Henry Fielding lub inne z tych pospolitych imion, które wszędzie się pojawiają. Ważną rzeczą odnośnie tego człowieka jest to, że zamówił kufel piwa. Rzeczą jeszcze ważniejszą, że go wypił; natomiast rzeczą najważniejszą jest to, że całą zawartość wypluł, o czym donoszę z przykrością, a następnie cisnął cynowym naczyniem w gospodarza. Piwo bowiem było wyjątkowo okropne. Prawdą jest, że człowiek ten wówczas jeszcze nie oddał trunku do analizy chemicznej, jednak upiwszy kilka łyków, poczuł gdzieś bardzo głęboko, że z piwem coś było nie tak. Gdy tak chorował przez tydzień, a jego stan ciągle się pogarszał, postanowił w końcu odwiedzić państwowego laboranta, a uczony człowiek po ugotowaniu cieczy, zamrożeniu jej, zmianie barwy na zieloną, niebieską, żółtą, i tak dalej, orzekł wreszcie, że napój ów rzeczywiście cechuje duża zawartość śmiercionośnej trucizny. „Dalsza konsumpcja,” rzekł z namysłem naukowiec, „niewątpliwie będzie działaniem ryzykownym, ale życie jest nierozerwalnie związane z ryzykiem. Dlatego też, zanim zdecydujesz się to odstawić, musisz zaproponować jakiś substytut płynu, który w mniejszym lub większym stopniu spoczywa nadal w twoim wnętrzu. Jeśli podasz mi listę proponowanych zamienników, z chęcią przedstawię różne obiekcje naukowe, które można by zgłosić wobec każdego z nich.”

Mężczyzna oddalił się i coraz bardziej zapadał na zdrowiu; zauważył też, że tak naprawdę nikt inny nie wydawał się być w pełni sił. Mijając karczmę, przypadkiem umieścił swój wzrok na różnych znajomych, którzy zwijali się z bólu na ziemi, więcej niż kilka osób było już martwych, a ciała ich złożono w sztywne przydrożne stosy. Na zdrowy chłopski rozum była to kwestia społeczna; mężczyzna odwiedził zatem sąd pokoju i przed urzędnikiem sądowym złożył zażalenie na feralną gospodę. „Rzeczywiście, wydawać by się mogło,” powiedział sędzia pokoju , „że w karczmie, o której mówisz, ludzie są systematycznie mordowani za pomocą trucizny. Jednak zanim zażądasz rozwiązań tak drastycznych, jak tymczasowe, lub nawet całkowite zamknięcie oberży, powinieneś rozważyć niemały problem. Czy zastanowiłeś się, jaki dokładnie budynek miałby stanąć w miejscu tej gospody, czy…” Z przykrością muszę nadmienić, że w tym momencie nasz bohater wydał z siebie głośny krzyk, po czym stwierdzono, że postradał rozum i usunięto go z sądu siłą. W gruncie rzeczy, wraz z postępującą chorobą ciała rosło też przekonanie o chorobie psychicznej, aż człowiek ten posytanowił zasięgnąć rady u wybitnego doktora psychologii i psychoanalizy, który w luźny sposób orzekł: „Odnośnie samej diagnozy, nie ma cienia wątpliwości, że cierpisz na ‘kompleks szurniętego modnisia, jeśli mowa jednak o leczeniu, to szczerze przyznam, że bardzo trudno będzie nam znaleźć coś, co mogłoby tę przypadłość zastąpić. Czy kiedykolwiek zadumałeś się nad tym, co jest alternatywą szaleństwa?” Po tych słowach mężczyzna zerwał się na równe nogi i wymachując rękami począł krzyczeć: „Nie ma żadnej. Dla szaleństwa nie ma alternatywy. Jest ono czymś nieuniknionym. Musimy je jak najlepiej wykorzystać.”

Wobec tego, wykorzystując je jak najlepiej uśmiercił medyka, a następnie wrócił się, by zabić sędziego pokoju i państwowego laboranta, a obecnie przebywa w ośrodku zamkniętym dla osób chorych psychicznie, gdzie szczęśliwy jest jak dzień długi. W przytoczonej wyżej powiastce ukazano przypadek, który koniecznie trzeba umieć dostrzec, gdy kreślone są wstępne kontury społecznej odnowy. Przypadek dotyczył dżentelmena, którego zapytano, czym chciałby zastąpić podaną mu truciznę i jakiż to przykładny program miałby zluzować jaskinię zabójców, w której go otruto. Analogiczne żądania stawiane są tym z nas, którzy plutokrację uważają za truciznę, a dzisiejsze państwo możnych za twór przywodzący na myśl pieczarę złodziei. W przypowieści o truciźnie czytelnik może do pewnego stopnia podzielać niecierpliwość bohatera. Oświadczy zapewne, że nikt nie będzie takim durniem, by nie pozbyć się kwasu pruskiego, lub zawodowych zbirów tylko dlatego, że istnieją różnice stanowisk odnośnie późniejszych działań. Prosiłbym jednak czytelnika o trochę więcej cierpliwości, nie tylko wobec mnie, lecz jego samego; a także o to, by zapytał sam siebie, dlaczego w przypadku trucizny i zbrodni działamy bez zwłoki. Przyczyną takiego postępowania nie jest bowiem, nawet w tym przypadku, nasza obojętność odnośnie substytutów. Nie powinniśmy uznawać jednej trucizny jako lekarstwa na inną truciznę, jeśli choroba miałaby w dalszym ciągu postępować. Nie należy też wynajmować złodzieja, by ten złapał kolegę po fachu, jeśli faktycznie zwiększy to ilość samego złodziejstwa. Zasada, według której działamy, nawet jeśli działamy zbyt szybko by myśleć, lub myślimy zbyt szybko by uściślać, to mimo wszystko zasada, którą potrafimy zdefiniować. Jeśli wspomnianemu mężczyźnie po spożyciu toksyny damy po prostu środek wymiotny, to nie czynimy tak dlatego, że sądzimy iż mógłby on dietę swą opierać w większym stopniu na środkach wymiotnych, niż na truciznach. Działamy tak, ponieważ sądzimy, że po tym jak spożywszy toksyny i środki wymiotne człowiek ten dojdzie już do siebie, przyjdzie taki czas, gdy sam dokona odkrycia, że miałby ochotę spożyć bodaj odrobinę czegoś normalnego. Uważamy, że w całym tym mędrkowaniu tak właśnie wygląda miejsce startu. Jeśli usunie się pewne przeszkody, to pytanie nie dotyczy tego, co my wolelibyśmy zrobić, ale raczej tego, jakich działań pragnąłby podjąć się nasz bohater. Jeśli zatem ocalimy wiele osób z jaskini trucicieli, nie mamy w zwyczaju pytać natychmiast, co każda z nich zrobi ze swoim życiem. Zakładamy bowiem, że będzie to coś bardziej sensownego, niż spożywanie trucizny. Innymi słowy, pierwsza i niezwykle prosta zasada, na której oparte są wszelkie reformy tego typu głosi, że każda żywa istota wykazuje pewną skłonność do regeneracji, jeśli tylko usunie się presję doraźnego niebezpieczeństwa, lub bólu. W tej chwili, kreśląc surowy szkic reformy społecznej, chcę wytłumaczyć ogólną zasadę powrotu do zdrowia, bez zrozumienia której wszystko to będzie niejasne. Wierzymy, że rzeczy odzyskałyby zdrowie gdyby je puścić wolno; ale sądzimy też, co jest bardzo istotne w kwestiach praktycznych, że jeśli coś tylko zacznie być wyswabadzane, to rozpocznie się w tej rzeczy proces regeneracji. Jeśli człowiek po prostu przestanie pić złe piwo, to jego ciało poczyni jakiś wysiłek, aby odzyskać dawną kondycję. Jeżeli człowiek zwyczajnie ucieknie od tych, którzy go bez pośpiechu trują, to do pewnego stopnia samo powietrze, którym oddycha będzie stanowić antidotum.

Jak to mam nadzieję wyjaśnić w kolejnych esejach, uważam, że pytanie o prawdziwą reformę społeczną można podzielić na dwa odrębne etapy, czy nawet pomysły. Pierwszy polega na zatrzymaniu trwającego wyścigu w kierunku obłąkanego monopolu, zawróceniu rewolucji i powrocie do czegoś, co na pewno nie jest idealne, ale za to mniej więcej normalne; drugi pomysł to próba zainspirowania bardziej przyziemnej części społeczeństwa czymś, co stanowi ideał w prawdziwym tego słowa znaczeniu, choć nie jest to zaledwie utopijna wizja. Jednakże, pierwszą sprawą, którą trzeba zrozumieć jest to, że wszelkie poluzowanie aktualnej presji doprowadzi zapewne do następstw natury moralnej o rozmiarach znacznie przewyższających to, co potrafi sobie wyobrazić większość naszych krytyków. Jak dotąd wszelkie triumfy były triumfami plutokratycznych monopoli; wszelkie porażki zaś były klęskami własności prywatnej. Ośmielam się postawić tezę, że jedna, rzeczywista porażka monopolu niosłaby za sobą natychmiastowe i nieobliczalne skutki, sięgające daleko poza nią samą, niczym pierwsze klęski militarnego imperium Prus, które wcześniej defilowało jako niepokonane. Gdy tylko każda grupa lub rodzina zacznie odzyskiwać autentyczne doświadczenie własności prywatnej, stanie się ono jej środkiem wpływu, jej misją. Nie zajmujemy się tu kwestią maszynowo zliczanych głosów w wyborach powszechnych. Mówimy natomiast o pospolitym ruchu, który nigdy nie jest zależny od samych liczb.

Dlatego też jako model roboczy tak często przytaczamy kwestię chłopstwa. Kluczowe jest to, że chłopstwo to nie jest jakieś urządzenie, tak jak w praktyce każdy ideał państwa jest maszyną, to znaczy rzeczą, która będzie działać wyłącznie według ustawionego schematu pracy. Tworzysz prawa utopii i tylko trzymając się tych przepisów, może ona dalej trwać jako utopia. Dla chłopstwa nie tworzysz praw. Tworzysz chłopstwo, a chłopi sami już opracują przepisy. Nie postuluję jednak, co też wyjaśni się dostatecznie, gdy przystąpię do opisu zagadnień bardziej szczegółowych, by prawa nie były stosowane celem powołania chłopstwa, lub nawet jego ochrony. Uważam natomiast, że sam charakter chłopstwa nie zależy od ustaw. Charakter chłopstwa zależy od chłopów. Ludzie ci od wieków żyli obok siebie w oddzielnych i dość podobnych gospodarstwach, bez scenariuszy, w których wielu traciło swą ziemię, a jeden gospodarz skupywał większość gruntów. Bardzo często jednak nie istniały żadne prawa zabraniające wykupu większości ziemi. Chłopi nie byli w stanie nabywać ziemi, ponieważ chłopi nie chcieli się jej pozbywać. Oznacza to, że taka forma umiarkowanej równości, gdy tylko już raz zaistnieje, nie jest jedynie pewną formułą prawną, ale również faktem moralnym i psychologicznym. Gdy tylko ludzie znajdą się w takiej sytuacji, to zachowują się tak, jak gdyby byli u siebie w domu. Oznacza to, że osiadają tam, lub przynajmniej zachowują się naturalnie. W abstrakcyjnej logice nie znajdziemy dowodu na to, by również w socjalistycznej utopii ludzie nie mogli poczuć się jak w domu. Jednak nawet socjaliści, którzy opisują różne utopie, czują sami w jakiś niewyraźny sposób, że tak się nie stanie; dlatego też z konieczności czynią przepisy kontroli gospodarczej zjawiskiem tak bardzo zauważalnym i drobiazgowym. Korzystają z armii urzędników, by przenosić ludzi niczym tłumy jeńców, ze starych kwater w nowe i niewątpliwie lepsze kwatery. My jednak wierzymy, że niewolnicy, którym ofiarujemy wolność będą bić się za nas, jak żołnierze.

Innymi słowy, wszystko, o co proszę czytelnika w tych wstępnych uwagach, to zrozumienie, że staramy się zrealizować coś, co dalej będzie działać samo z siebie. Maszyna nie może funkcjonować sama z siebie. Człowiek jednak będzie działał właśnie w ten sposób; nawet jeśli dorobi się wielu rzeczy, których roztropniej byłoby unikać. Wolny od pewnych niekorzystnych uwarunkowań, może do pewnego stopnia przejąć odpowiedzialność. Wszelkie systemy koncentracji grupowej charakteryzuje kontrola człowieka nawet wtedy, gdy jest on wolny; można powiedzieć, chęć kontrolowania go po to, aby pozostał wolny. Utrzymują, że człowiek nie zostanie otruty, jeśli w porze obiadowej za jego krzesłem stać będzie medyk, który zweryfikuje wielkość kęsów i zmiarkuje wino. My uważamy, że człowiek może potrzebować lekarza, o ile rzeczywiście się zatruł, ale nie potrzebuje go już, gdy odzyska zdrowie. Nie głosimy, tak jak oni mają to w zwyczaju głosić, że człowiek będzie zawsze w pełni szczęśliwy, lub anielsko dobry; w życiu bowiem poza żywiołem gospodarczym istnieją też inne żywioły; a nawet żywioł gospodarczy znajduje się pod wpływem grzechu pierworodnego. Nie twierdzimy, że ponieważ człowiek nie potrzebuje lekarza, to nie potrzebuje również księdza, żony, przyjaciela, lub Boga; albo, że jego relacje względem tychże osób można zabezpieczyć jakimkolwiek systemem społecznym. Mówimy jednak, że istnieje coś, co jest o wiele bardziej realne i dużo bardziej niezawodne, niż jakikolwiek system społeczny; i że rzeczą tą jest samo społeczeństwo. Istnieje coś takiego, jak ludzie odkrywający sposób życia społecznego, który im odpowiada i pozwala całkiem znośnie ze sobą współżyć. Nie trzeba czekać, aż taki typ społeczeństwa będzie ustanowiony na całym świecie. Kolosalną różnicę sprawi wprowadzenie go w życie gdziekolwiek. Jeśli zatem na wstępie ktoś spyta mnie: “Nie sądzisz może, że Anglię mógłby uratować socjalizm, lub zreformowany kapitalizm; czy naprawdę myślisz, że jedynym dla niej ratunkiem będzie dystrybucjonizm? ” Odpowiem takiej osobie: „Nie, myślę, że Anglię ocalą Anglicy, jeśli tylko zaczną mieć na to choćby i pół szansy.”

W tym sensie jestem więc pełen nadziei; uważam, że kryzys gospodarczy to była awaria maszyn, a nie ludzi. W pełni popieram też pogląd, co wyjaśniłem już wcześniej, że odejście człowieka z pracy to coś zupełnie innego, niż porzucenie planu wyznaczonego maszynie. Proszę czytelnika, by rozróżnienie to zrozumiał już teraz, zanim przystąpię do faktycznego opisu pewnych realnych kierunków reformy. Ani trochę nie wstydzę się swojej gotowości do słuchania rozsądku; wcale nie obawiam się pozostawienia tych kwestii otwartymi na dalsze ulepszenia; w ogóle też nie irytuje mnie myśl o tych, którzy pryncypia te zamieszczają w swoich, pod wieloma względami różnych programach. Jestem zbyt gorliwy, by w autorskim programie upatrywać program upartii politycznej lub udawać, że mój prywatny projekt musi bez poprawek znaleźć przełożenie na parlamentarną ustawę. Jednakże, w tym konkretnym przypadku pewien szczególny motyw nakazuje mi podkreślić, że istnieje rozsądna szansa na ucieczkę; chciałbym też prosić, aby tę rozsądną szansę potraktować z rozsądną wesołością. Nie obchodzi mnie przy tym ten rodzaj cnoty amerykańskiej, którą dziś niekiedy nazywa się optymizmem. Cechuje ją bowiem zbyt duży posmak Christian Science, aby mogła być czymś znośnym dla chrześcijan. Rozważając tę konkretną sprawę i fakty z nią związane, czuję jednak, że istnieje dobry powód, aby przestrzec ludzi przed nazbyt szybkim uciekaniem w pesymizm i pychę niemocy. Proszę wszystkich o rozważenie w sposób otwarty i nieskrępowany, czy nie można by przedsięwziąć działań podobnych tym, które tu omawiamy, nawet jeśli miałyby się różnić w szczegółach; jest to bowiem kwestia ludzkiego zrozumienia. Położenie ludzi jest na tyle poważne, że nie można traktować go inaczej, jak tylko z pogodą ducha. W związku z tym ośmielę się wygłosić pewne ostrzeżenie.

Nierozgarnięty przewodnik, lub pewny siebie towarzysz podróży, doprowadził pewnego człowieka na skraj urwiska, z którego po zmierzchu bardzo łatwo jest spaść. Równie dobrze można powiedzieć, że nie pozostało nic, jak tylko przysiąść i czekać na światło. Mimo wszystko, można przeczekać mroczne godziny radząc o tym, jak zawrócić na pewniejszy grunt; dlatego też wspominanie faktów i kreślenie sensownego planu podróży nie będzie stratą czasu, zwłaszcza jeśli nie pozostało już nic innego do roboty. Przewodnikowi, który nieznajomego człowieka wprowadził w błąd powinniśmy jednak dać pewną wskazówkę, zwłaszcza jeśli ów nieznajomy to osoba nadzwyczaj prosta, którą może cechować proste wykształcenie i podstawowy zestaw emocji. Zdecydowanie należy zalecić mu, by nie tumanił czasu dowodząc nieodparcie, że nierealny jest jakikolwiek powrót, że z tyłu tak naprawdę nie ma bezpiecznych gruntów, tak jak nie ma najmniejszych szans, by znów odnaleźć drogę do domu, że kroki podjęte w ostatnim czasie są nieodwołalne, a postęp zmuszony jest postępować naprzód i nigdy nie może się wracać. Przewodnik mimo swej wcześniejszej pomyłki, o ile tylko jest człowiekiem taktownym, będzie w konwersacji unikać takiego tonu. Jeśli nie jest osobą dość subtelną to nie wykluczone, że przed końcem rozmowy ktoś rzeczywiście spadnie z urwiska; i nie będzie to nasz nieznajomy.

Pewna armia kroczyła po dziewiczych terenach, w żargonie wojskowym użylibyśmy określenia, że jej kolumna unosiła się w przestworzach; maszerowali tak z dowódcą pewnym siebie i przeświadczonym, że zdołają odkryć nowe i zdecydowanie lepsze szlaki komunikacyjne. Gdy szeregowcy byli już niemal zupełnie wyczerpani, cierpiąc przez głód i niekorzystne warunki pogodowe, okazało się raptem, że wkroczyli bez wsparcia na teren wrogiego kraju, gdzie widoczna co rusz okupacja wojskowa była wyłącznym dziełem wroga, który w dodatku ich oskrzydlał. Oto marsz nagle ustaje i dowódca zwraca się do swoich ludzi. Istnieje wiele rzeczy, które mógłby powiedzieć żołnierzom. Niektórzy mogą twierdzić, że w sytuacji tego typu znacznie lepiej byłoby w ogóle zamilknąć. Inni znowuż mogą reprezentować pogląd, że im mniej dowódca powie, tym lepiej. Jeszcze inni mogą przynaglać, zresztą całkiem słusznie, że odwaga jest potrzebna bardziej jeszcze podczas odwrotu, niż podczas marszu naprzód. Mogą też pojawić się zalecenia, by dowódca pobudził rozczarowanych ludzi grożąc wrogowi rozczarowaniem jeszcze bardziej dramatycznym i oświadczył, że jeszcze będą górą, że umkną sieciom, nawet w momencie, gdy te są na nich zarzucane i że ta ich ucieczka będzie o wiele bardziej zwycięska, niż samo zwycięstwo przeciwnika. Tak czy inaczej, jest jeden rodzaj mowy, której dowódca swym żołnierzom nie wygłosi, o ile nie jest większym głupcem, niż wskazywałaby na to jego pierwotna pomyłka. Nie powie on swoim ludziom: „Zajęliśmy teraz pozycję, która może się wam wydawać bardzo przygnębiającą, zapewniam was jednak, że jest to nic w porównaniu z przygnębieniem, które stanie się waszym udziałem, jeśli tylko podejmiecie się serii nieuchronnie daremnych prób jej poprawy, albo wrócicie w miejsce, któremu niemądrze przypisujecie miano silniejszej pozycji. Mocno rozbawiły mnie wasze absurdalne propozycje powrotu na stare szlaki; i tak nigdy nie ceniłem tych parszywych terenów.” W przeszłości dochodziło już do buntów na pustyni i całkiem możliwe jest, że nasz dowódca nie zginie w walce z wrogiem.

Od przeszło stu lat, wielka cywilizacja i wielki naród podążały drogą postępu, który sam siebie czynił niezależnym od pradawnych szlaków, znaczonych tradycjami ziemi, domu i ołtarza. Był to pochód za przywódcami, którzy byli zwycajnie zarozumiali, albo nazbyt pewni siebie. Liderzy ci żywili przekonanie, że ich reguły ekonomiczne były niezmienne, a teoria polityczna słuszna, że ich handel był zjawiskiem dobroczynnym, a parlamenty darzono powszechnym uznaniem, wierzyli też, że ich prasa była oświecona, a nauki humanitarne. Kierowani tą pewnością nakłonili ludzi do wzięcia udziału w nowych, wielkich eksperymentach; do uczynienia z własnego i niezależnego narodu wiecznego dłużnika garstki bogaczy; do kumulacji własności prywatnej, opartej na wierze finansistów; do krycia własnej ziemi żelazem i kamieniem, a także usuwania z jej powierzchni traw i zbóż; do wyprowadzania żywności z własnego kraju tylko po to, by z powrotem skupywać ją z najdalszych krańców ziemi; do wypełniania swej drobnej wyspy złotem i żelazem tak długo, aż zaczęła ważyć tyle, co tonący statek; do zezwolenia na to, by bogaci stawali się coraz bogatsi i mniej liczni, a biednych było coraz więcej i byli coraz biedniejsi; do tego, by świat został rozszczepiony na dwie połowy przez wojnę panów i sług; do każdorazowego wyzbywania się skromnego dobrobytu i szczerego patriotyzmu, tak długo, aż zniknie niezależność pozbawiona luksusu i praca pozbawiona brzydoty; do uzależnienia milionów ludzi od nauki mętnej i odległej, a także od pośredników i odległych dostaw zaopatrzenia, po to tylko, by harowali do śmierci, nie wiadomo dla kogo, a środki do życia pozyskiwali nie wiadomo skąd; wszyscy na coraz to cieńszym powrozie uwieszeni u pańskiej klamki zagranicznego handlu. W dalszym ciągu wiele można powiedzieć ludziom, których doprowadzono do takiego stanu rzeczy. Słusznym będzie przypomnienie, że zwyczajna i dzika rewolta w niczym nie pomoże, a wszystko jedynie pogorszy. Być może prawdziwe jest stwierdzenie, że pewne zawiłości należy tolerować przez pewien czas, gdyż odpowiadają one złożonościom innego rodzaju, a trzeba nam wszystko to ująć razem i starannie uprościć. Ale jeśli mógłbym zaapelować do książąt i władców, którzy doprowadzili swój lud do tego stadium, wystosowałbym odezwę tak poważną, jak wszystkie możliwe apele człowieka: „Na miłość Boską, dla dobra naszego, lecz przede wszystkim dla waszego dobra, nie trwajcie w tym ślepym pośpiechu, by wmawiać im, że nie ma wyjścia z tej pułapki, w którą zaprowadziła ich wasza głupota; że nie ma innej drogi, niż ta, którą doprowadziliście ich do ruiny; że nie istnieje inny postęp jak ten, który tutaj dobiega końca. Nie palcie się dowodzić nieszczęsnym ofiarom, że w swym nieszczęściu są pozbawione nadziei. Nie palcie się nakłaniać ich, że razem z końcem waszego eksperymentu topnieją też wasze zasoby. Odstąpcie od tłumaczenia, że wasz błąd jest jeszcze bardziej nieodwołalny i nieodwracalny, niż jest w rzeczywistości. Nie próbujcie trywializować choroby twierdząc, że to nieuleczalna przypadłość. Nie zapalajcie problemu szybów węglowych dowodząc, że te górnicze wyrobiska nie mają dna. Nie mówcie ludziom, że nie ma innej drogi niż obecna; wielu bowiem tego nie przetrwa, nawet teraz. Nie mówcie im, że możliwy jest wyłącznie obecny stan rzeczy, bo wielu z nich nie może go znieść już teraz. Natomiast nieco później, tak za pięć dwunasta, gdy przyciemnieje każdy pojedynczy los, a koniec się uwyraźni, masa ludzi może nagle uzmysłowić sobie w sposób bardzo wyszukany, wymowny, racjonalny i promiennie sugestywny, do jakiej to ślepej uliczki doprowadził ich cały wasz postęp. Ludzie zamknięci w pułapce mogą się wtedy zwrócić przeciwko wam. I nawet jeśli ścierpieli wszystko inne, to mogą nie wytrzymać tej ostatniej kpiny, że nie możecie nic uczynić; że nie podejmiecie nawet jakiejkolwiek próby. Poeta[1] napisał kiedyś : ‘Człowiecze, kim jesteś i czemuż rozpaczasz? Oprócz twej rozpaczy Bóg ci odpuści wszystko.’ Podobnie jest z człowiekiem, może przebaczyć pomyłkę, lecz rozpaczania może już nie odpuścić.”

Gilbert Keith Chesterton

Przekład: Paweł Kaliniecki

[1] Frederic William Henry Myers (1843–1901), wiersz pt. “Saint Paul.”