G.K. Chesterton: O pewnych nowoczesnych pisarzach i instytucji rodziny

gk-chesterton-troy-edkinsRodzina może słusznie uchodzić za zwieńczenie ludzkich instytucji. Każdy przyzna, że niemal we wszystkich dotychczasowych społeczeństwach rodzina była zasadniczą i centralną komórką, z wyjątkiem tylko takich społeczeństw jak Lacedemon1 , które postawiły na „efektywność”, toteż upadły i ślad po nich zaginął. Chrześcijaństwo, przynosząc olbrzymią rewolucję, nie wprowadziło zmian w tej pradawnej i groźnej świętości, tyle że postawiło ją niejako na głowie. Nie zaprzeczyło istnieniu trójcy, na którą składają się ojciec, matka i dziecko, lecz odczytało ją wspak: dziecko, matka, ojciec. Nie jest to już rodzina, lecz Święta Rodzina, bo też i świętość nieraz bywa skutkiem obrócenia czegoś do góry nogami.

Lecz w naszych dekadenckich czasach co poniektórzy mędrcy zaczęli na serio atakować rodzinę. Podważyli jej sens, moim zdaniem błędnie; zaś obrońcy bronili jej, i też bronili błędnie. Pospolity argument na rzecz rodziny głosi, że pośród stresów i zmiennych kolei życia rodzina pozostaje miłą ostoją spokoju i zgodnego przymierza. Ale można też podnieść inny argument, dla mnie osobiście ewidentny, który głosi, że główna zaleta rodziny polega na tym, że nie jest ani miła, ani spokojna, ani zgodna.

Nie jest dziś w modzie, by opiewać pożytki, płynące z niedużej społeczności. Każą nam się łączyć w wielkie imperia; mówią, że mamy wierzyć w wielkie idee. Ale małe państewko, małe miasteczko czy wioska zabita deskami mają pewną zaletę, którą każdy musi dostrzec, chyba że widzieć nie chce. Otóż, człowiek żyjący w małej społeczności żyje w dużo większym świecie. Lepiej zna przerażające przepaście, które dzielą ludzi; i wie, że są między ludźmi różnice nie znające kompromisów. Powód jest oczywisty. W wielkiej społeczności możemy sami wybierać sobie towarzystwo. W małej społeczności towarzystwo zostaje nam narzucone.

Toteż we wszystkich licznych i wysoce cywilizowanych społeczeństwach pojawiają się grupy oparte na wspólnocie emocji, odcinające się od prawdziwego życia skuteczniej, niż gdyby ukryły się za murami klasztorów. Klan rodzinny nie jest ciasny ani ograniczony – to klika jest ciasna i ograniczona. Członkowie klanu żyją razem, bo wszyscy noszą ten sam tartan lub pochodzą od tej samej świętej krowy; ale ich dusze, za sprawą boskiej przypadkowości, zawsze będą mienić się kolorami bardziej od jakiegokolwiek tartanu. Lecz członkowie kliki trzymają się razem, bo mają ten sam gatunek duszy. Ich ciasnota jest ciasnotą duchowej spójności i zadowolenia, typowego również dla diabłów w piekle.

Ogromne społeczeństwo wytwarza kliki. Ogromne społeczeństwo to jedno ogromne Stowarzyszenie dla Wspierania Ograniczenia Umysłowego. To potężna machina, mająca chronić samotną, wrażliwą jednostkę, by nie doświadczyła goryczy i otuchy kompromisów z innymi ludźmi. Jest to, innymi słowy, jedno wielkie Towarzystwo Zapobiegania Świadomości Chrześcijańskiej.

Prześledźmy to na przykładzie zmian, jakim podlegała instytucja zwana klubem. Kiedy Londyn był mniejszy, a jego dzielnice bardziej odrębne i parafiańskie, klub był tym, czym nadal jest na wsi – to znaczy przeciwieństwem tego, czym stał się w mieście. Człowiek szedł do klubu, ponieważ mógł tam prowadzić życie towarzyskie. Obecnie człowiek udaje się do klubu, ponieważ może się tam uwolnić od ludzi. Im większe rozmiary i złożoność naszej cywilizacji, tym szybciej klub londyński zatraca ostatnie cechy miejsca, gdzie można z kimś burzliwie dyskutować, i staje się miejscem, gdzie można sobie w zaciszu uciąć drzemkę. Klub istnieje po to, żeby jego członkowie czuli się wygodnie — a żeby człowiek poczuł się wygodnie, musi stać się nietowarzyski. Życie towarzyskie, jak wszystko co dobre, jest najeżone pułapkami, pełne zagrożeń, wyrzeczeń i niewygód. Tymczasem w klubie krzyżują się dwie cechy, dające najgorsze z możliwych połączeń. Produktem klubu jest wygodnicki pustelnik; ktoś, kto dogadza sobie jak Lukullus w szalonej samotności Szymona Słupnika.

Gdyby jutro zamieć śnieżna odcięła nas od świata i zmusiła do życia wyłącznie na naszej ulicy, znaleźlibyśmy się nagle w świecie dzikszym i znacznie rozleglejszym niż wszystko, co znaliśmy dotychczas. Nic dziwnego, ze typowy nowoczesna człowiek porzuca swoją ulicę pod byle pretekstem, wyrywając się do ucieczki. Najpierw wymyśla nowoczesną higienę i jedzie do kurortu. Potem wymyśla nowoczesną kulturę i jedzie do Florencji. Wreszcie wymyśla nowoczesny imperializm i jedzie do Timbuktu. Wyrusza na fantastyczne krańce ziemi. Stwarza wszelkie pozory, że poluje na tygrysa. Prawie udaje mu się jeździć na wielbłądzie. I cały czas nie robi nic innego, jak tylko ucieka z ulicy, gdzie się urodził; a ma dla tej ucieczki poręczną wymówkę. Powiada, że jego ulica jest nudna. Kłamie jak z nut. Ucieka właśnie dlatego, że na jego ulicy za dużo się dzieje. Dzieje się za dużo, bo wszystko tu człowieka absorbuje, wszystko stawia mu wymagania i oczekiwania; a wszystko go absorbuje, ponieważ ulica jest pełna życia. Odwiedza zatem Wenecję, bo wenecjanie są dla niego tylko wenecjanami, podczas gdy mieszkańcy jego własnej ulicy są ludźmi. Bezczelnie gapi się na Chińczyka, bo Chińczyk to dla niego tylko obiekt, który biernie znosi cudzy wzrok. Gdyby spróbował się tak gapić na starszą panią w sąsiednim ogródku, zareagowałaby czynnie. Krótko mówiąc, musi uciec od nazbyt stymulującego towarzystwa równych sobie istot — wolnych ludzi, przewrotnych, indywidualnych, złośliwie innych niż on sam. Ulica w Brighton jest zanadto przytłaczająca, zanadto kipi emocjami. Człowiek musi więc uspokoić się i ukoić nerwy pośród tygrysów, sępów, wielbłądów i krokodyli. Są to stworzenia, owszem, bardzo od niego różne. Ale ich kształty i obyczaje nie wchodzą mu w paradę, bo nie stanowią konkurencji. Nie próbują kwestionować jego życiowych zasad ani narzucić mu własnego sposobu my­ ślenia, jak te dziwaczne potwory z uliczki na przedmieściach. Wielbłąd nie przybiera wystudiowanego grymasu wyższości, bo pan Robinson nie ma garbu. Elegancki dżentelmen spod numeru 5 przybiera wystudiowany grymas wyższości, bo pan Robinson nie ma boazerii. Sęp nie śmieje się do rozpuku, patrząc na mężczyznę, który nie fruwa. Ale major spod numeru 9 wyśmiewa każdego mężczyznę, który nie pali. W naszych sąsiadach najbardziej nas irytuje, że nie chcą pilnować własnego nosa i zająć się własnymi sprawami. Jednak w gruncie rzeczy nie o to nam chodzi. Gdyby sąsiedzi nie zajmowali się własnymi sprawami, to nim człowiek by się obejrzał, dostaliby eksmisję i przestali być naszymi sąsiadami. Drażni nas co innego, i dużo ważniejszego. Jeśli czujemy do nich antypatię, to nie dlatego, że brak im energii, by zająć się własnymi sprawami, ale dlatego, że mają dość energii, by zająć się również naszymi sprawami, przynajmniej na tyle, by obszernie je omawiać. To, co budzi w nas zgrozę, to nie ciasnota ich zainteresowań, lecz ich wyborna skłonność, by rozszerzać krąg zainteresowań poza zasięg własnego nosa. Każda awersja do rodzaju ludzkiego ma, w ogólnych zarysach, takie właśnie podłoże. Nie jest to nigdy awersja do ludzkiej bierności (jak udajemy), lecz do ludzkiej aktywności. Mizantropi udają, że gardzą ludzkością, bo jest słaba. W istocie nienawidzą jej za jej siłę.

Naturalnie, takie cofanie się przed brutalną żywotnością i brutalną różnorodnością zwykłych ludzi jest ze wszech miar rozsądne i zrozumiałe — pod warunkiem, że nie pretenduje do wyższości nad zwykłymi ludźmi. Gdy jednak mizantropia kreuje się na arystokrację, albo estetyzm, albo moralne górowanie nad burżuazją, należy sprawiedliwie wskazać jej słabą stronę. Wybredność to najbardziej wybaczalna z ludzkich wad, lecz najmniej wybaczalna z cnót. Nietzsche, który stanowi najlepszy symbol tych uroszczeń łudzi wybrednych, opisał gdzieś – a od strony literackiej jest to mocny opis -jaka pogarda, jaki niesmak wzbierają w nim na widok pospolitych ludzi z ich pospolitymi twarzami, pospolitymi głosami i pospolitymi umysłami. Jak już powiedziałem, jeśli pochylić się z troską nad tym smętnym elitaryzmem, staje się on niemal piękny. Arystokracja Nietzschego ma w sobie świętość, przynależną do wszystkiego, co słabe. Kiedy Nietzsche daje nam odczuć, do jakiego stopnia nie znosi tych niezliczonych twarzy, niemilknących głosów i przytłaczającej wszechobecności motłochu, może liczyć na sympatię i zrozumienie u każdego, kto choć raz cierpiał na chorobę morską lub zmęczony jechał zatłoczonym autobusem. Każdemu człowiekowi zdarzało się nienawidzić rodzaju ludzkiego, gdy sam miewał się gorzej niż zwykle. Każdemu z nas robiło się ciemno w oczach od obecności innych ludzi, każdy dusił się ludzkością jak dławiącym odorem. Gdy jednak Nietzsche, z niewiarygodnym brakiem wyobraźni i poczucia humoru, żąda, byśmy uwierzyli,że jego arystokracja to arystokracja silnych muskułów i silnej woli, trzeba mu niestety wskazać prawdę. Jest to arystokracja słabych nerwów.

Wrogowi przyjaciół stwarzamy sobie sami, ale to Pan Bóg stworzył naszego sąsiada. Nic więc dziwnego, że ów bliźni jawi się nam spowity w całą grozę, jaką beztrosko roztaczają żywioły. Jest obcy jak gwiazdy; jest stały i obojętny jak deszcz. Jest Człowiekiem – najstraszliwszą z istot. Oto dlaczego dawne religie i surowe pisma z głęboką mądrością głosiły, że mamy obowiązki nie wobec ludzkości, lecz właśnie wobec bliźniego. Obowiązek wobec ludzkości może pochodzić z własnego wyboru; ba, może być całkiem przyjemny. Może stanowić nasze hobby, a nawet rozrywkę. Możemy pracować społecznie w podmiejskich slumsach, bo mamy do tego szczególne powołanie, albo przynajmniej tak nam się wydaje; możemy walczyć o pokój na świecie, bo pasjami kochamy walkę. Najdziwaczniejsze męczeństwo, najbardziej odstręczające przeżycia wynikają nieraz z własnej decyzji lub z prywatnego gustu. Tacy już czasem jesteśmy, taką mamy konstytucję, że osobliwie upodobaliśmy sobie wariatów lub wyjątkowo fascynuje nas trąd. Kochamy Murzynów, bo są czarni, lub niemieckich socjalistów, bo są pedantyczni. Bliź­niego mamy jednak kochać dlatego, że jest – a to już bardziej przerażający powód dla znacznie większego wyczynu. Otóż, nasz sąsiad jest właśnie bliźnim. Jest tą próbką ludzkości, która została nam dana. Jest kim bądź, czyli każdym. Jest postacią symboliczną, bo całkiem przypadkową.

Nic ulega wątpliwości, że ludzie uciekają z małych środowisk do społeczeństw ponurych i oschłych. To rzecz normalna. Ludzie ci nie uciekają przed śmiercią, lecz przed życiem. Istnieje jednak, pewna zasada, która stosuje się do każdego spośród kręgów, tworzących społeczeństwo. Mianowicie, mo­żemy spokojnie wyruszać na poszukiwanie jakiejś konkretnej odmiany gatunku ludzkiego pod warunkiem, że szukamy akurat tej odmiany – a nie po prostu odmiany. Brytyjski dyplomata ma święte prawo szukać towarzystwa japońskich generałów, jeśli potrzebni mu są właśnie japońscy generałowie. Lecz jeśli szuka tylko ludzi odmiennych niż on sam, niech lepiej zostanie w domu i podyskutuje o religii z pokojówką. To naturalne, że wioskowy geniusz przybywa na podbój Londynu, jeśli chce podbić akurat Londyn. Jeżeli jednak interesuje go podbój czegoś zasadniczo i symbolicznie wrogiego, w dodatku bardzo potężnego, niech lepiej zostanie tam gdzie jest i wda się w konflikt z pastorem. Mieszkaniec przedmieścia czyni słusznie, jeśli jedzie do uzdrowiska Ramsgate, ponieważ lubi akurat uzdrowisko Ramsgate – co z trudem mieści się w głowie. Ale jeśli, jak sam to ujmuje, jedzie do Ramsgate „dla odmiany”, znajdzie bardziej romantyczną, wręcz melodramatyczną odmianę, jeśli przeskoczy przez płot do ogrodu sąsiada. Konsekwencje takiego czynu mogą okazać się stymulujące w znaczeniu, które daleko wykracza poza możliwości leczenia uzdrowiskowego.

Otóż, tak samo jak ta zasada stosuje się do imperium, do kraju w obrębie imperium, do miasta w obrębie kraju i do ulicy w obrębie miasta, tak też stosuje się do domu w obrębie ulicy. Instytucja rodziny jest pod tym względem godna polecenia z dokładnie tych samych powodów, co instytucja narodu, albo, skoro już o tym mowa, instytucja miasta. Dobrze człowiekowi robi, jeśli żyje w rodzinie, ponieważ dobrze mu robi, jeśli żyje w oblężonym mieście lub jeśli śnieg odetnie mu ulicę od świata. Takie rzeczy zmuszają człowieka, by zdał sobie sprawę, że życie nie jest czymś, co ogląda się z zewnątrz, lecz czymś, co przeżywamy od wewnątrz; a przede wszystkim —jeśli ma to być życie prawdziwie fascynujące i stymulujące —jest czymś, co z natury swojej istnieje wbrew nam samym.

Współcześni pisarze, którzy mniej lub bardziej otwarcie sugerują, że rodzina to kiepski wynalazek, ograniczają się na ogół do sugestii, podawanej z gniewem, goryczą lub żałością, że rodzina nie zawsze składa się z osób pasujących do siebie nawzajem. Rzecz jasna, rodzina jest dobrym wynalazkiem właśnie dlatego, że składa się z osób, które kompletnie do siebie nie pasują. Jest zdrowa i stanowi integralną całość, gdyż zawiera masę rozbieżności i różnorodności Przypomina małe królestwo, jak mawiają ludzie sentymentalni, i jak każde małe królestwo znajduje się z reguły w stanie mocno przypominającym anarchię. Właśnie dlatego, że nasz brat George ma głęboko w nosie nasze rozterki religijne, a jego zainteresowania skupiają się wokół restauracji „Trocadero”, rodzina posiada pobudzające cechy wspólnoty. Właśnie dlatego, że nasz wujek Henry nie akceptuje aktorskich ambicji naszej siostry Sary, rodzina przypomina ludzkość w pigułce. Mężczyźni i kobiety, którzy z dobrych lub złych powodów buntują się przeciw rodzinie, buntują się po prostu przeciw rodzajowi ludzkiemu. Ciotka Elisabeth nie daje sobie przemówić do rozsądku -jak ludzkość. Tata łatwo się denerwuje -jak ludzkość. Nasz najmłodszy braciszek jest psotny -jak ludzkość. Dziadek jest stary jak świat – i głupi jak świat.

Ci, którzy zasadnie lub niezasadnie chcą wystąpić z tej wspólnoty, z całą pewnością szukają ciaśniejszego świata. Są przerażeni i skonsternowani wielkością i różnorodnością rodziny. Sara chciałaby znaleźć się gdzieś, gdzie istnieje wy­ łącznie teatr; George woli myśleć, że cały kosmos zamyka się w restauracji „Trocadero”. Ani przez chwilę nie twierdzę, że ucieczka do życia zamkniętego w węższych ramach musi wyjść jednostce na złe; nie twierdziłbym tak również, gdyby chodziło o ucieczkę do klasztoru. Twierdzę tylko, że wszystko, co budzi w ludziach dziwaczne złudzenie, iż uciekają do szerszego i barwniejszego świata, musi być złe i sztuczne. Najpewniejszy sprawdzian, czy człowiek jest gotów stawić czoła normalnej ludzkiej różnorodności, polega na tym, by spuścić się przez komin do czyjegoś domu, wybranego na chybił trafił, po czym najlepiej jak się da ułożyć sobie życie z jego mieszkańcami. I zasadniczo jest to właśnie coś, co każdy z nas uczynił w dniu, kiedy przyszedł na świat.

Na tym polega szczególny i wzniosły romantyzm rodziny. Rodzina jest romantyczna, bo jest przypadkowa. Przypomina rzut monetą, w którym można wygrać lub stracić. Jest roman­tyczna, bo jest dokładnie taka, jak twierdzą jej przeciwnicy. Jest romantyczna, bo jest arbitralna. Jest romantyczna, bo jest. Jeśli stworzymy grupę ludzi, wybranych w drodze racjonalnej selekcji, grupa będzie miała specyficzną lub wręcz sekciarską atmosferę. Tylko ludzie wybrani w sposób irracjonalny tworzą grupę składająca się po prostu z ludzi. I wówczas pojawia się element przygody; bo przygoda z natury swej jest czymś, co samo do nas przychodzi jest czymś, co nas wybiera, nie będąc przez nas wybranym.

Zakochanie uchodzi na ogół za przygodę w najwyższej postaci, za skondensowany romantyzm. Na tyle, na ile spada ono na nas z zewnątrz, niczym pogodny dopust, to rzeczywi­ście prawda. Miłość istotnie bierze nas w posiadanie, i przemienia nas, i torturuje. Pięknie łamie nam serca, a jest to piękno nie do wytrzymania, niczym piękno muzyki. Ale na tyle, na ile mamy w tym udział, na ile sami pragniemy się zakochać i rzucamy się w miłość głową naprzód, na ile sami wybieramy i do pewnego stopnia nawet sami osądzamy – na tyle też zakochanie nie jest romantyczne i nie stanowi przygody. Pod tym względem zakochanie wcale nie jest największą przygodą na świecie. Największa przygoda na świecie – to nasze narodziny. W tym momencie znienacka wpadamy we wspaniałą i zaskakującą pułapkę. W tej właśnie chwili widzimy coś, co przedtem nawet nam się nie śniło. Nasi rodzice tylko czatują, by się na nas rzucić, niczym złoczyńcy wyskakujący zza krzaka. Nasz stryjek jest absolutnym zaskoczeniem. Nasza ciotka to grom z jasnego nieba. Kiedy po urodzeniu trafiamy do rodziny, trafiamy do świata nieprzewidywalnego, rządzonego własnymi dziwnymi prawami, do świata, który mógłby się bez nas obejść, do świata, którego nie stworzyliśmy. Innymi słowy, trafiamy w sam środek baśni.

To poczucie, że żyjemy w bajkowej narracji, powinno cechować rodzinę i nasze rodzinne stosunki przez całe życie. Romantyzm jest w życiu najbardziej podstawowym elementem, najgłębszą cechą rzeczywistości, gdyż nawet gdyby dało się dowieść, że rzeczywistość jest zwodnicza, nie sposób dowieść, że jest nieistotna lub obojętna. Fakty mogą być fałszywe, lecz zawsze pozostaną dziwne. I ta fundamentalna dziwność życia, ten nieoczekiwany i wręcz przewrotny element zdarzeń, toczących się własnymi kolejami, pozostaje nieodmiennie interesujący. Okoliczności, które dowolnie kształtujemy, mogą stać się nudne lub smutne, ale „okoliczności, które wymknęły się spod kontroli” są bogom podobne w oczach wszystkich osób, wzywających je niczym pan Micawber2 i czerpiących z tego siły. Ludzie dziwią się, czemu powieść to najpopularniejsza forma literatury; czemu powieści są czytywane chętniej, niż książki naukowe lub dzieła metafizyczne. Powód jest bardzo prosty: mianowicie, w powieściach znajdziemy więcej prawdy. Życie może niekiedy, i całkiem słusznie, przypominać uczoną księgę; życie może, i jeszcze słuszniej, przypominać rozprawę metafizyczną; ale zawsze i nieodmiennie życie przypomina powieść. Nasza egzystencja traci czasem wszelkie podobieństwo do pieśni, a nawet do pięknego lamentu. W naszej egzystencji próżno by nieraz szukać czytelnej sprawiedliwości lub bodaj rozpoznawalnej krzywdy. Tym niemniej, nasza egzystencja jest fabułą. Każdy zachód słońca wypisuje na niebie ognistymi literami: „ciąg dalszy nastąpi”.

Jeśli umiemy rozumować, możemy przeprowadzić wnioskowanie logiczne lub filozoficzne i mieć pewność, że zakończyliśmy je prawidłowo. Dysponując wystarczającą mocą intelektu, możemy dokończyć naukowe odkrycie i mieć pewność, że robimy to dobrze. Ale nawet będąc tytanami intelektu, nie zdołamy dokończyć najgłupszej i najprostszej fabuły powieś­ciowej — i mieć pewność, że zrobiliśmy to właściwie. Za fabułą kryje się bowiem nie tylko intelekt, który po części jest mechaniczny, lecz również wola, która w istocie jest boska. Pisarz, jeśli ma ochotę, może wysłać bohatera na szubienicę w przedostatnim rozdziale. Kieruje nim ten sam cudowny kaprys, za sprawą którego również i on, autor, jeśli tylko zechce, może pójść na szubienicę, a potem choćby do piekła. Toteż ta właśnie cywilizacja – rycerska cywilizacja europejska – która w wieku XIII głosiła wolną wolę, w wieku XVIII wynalazła powieść. Kiedy Tomasz z Akwinu obwieścił duchową wolność człowieka, stworzył za jednym zamachem stosy ckliwych dziewiętnastowiecznych romansów.

Aby jednak życie mogło być dla nas fabułą lub romansem, niezbędne jest, by większa jego część została nam z góry okre­ślona, bez naszej zgody. Jeśli chcemy, by życie układało się w system, okoliczność ta może nam nieco zawadzać, lecz jeśli wolimy, by układało się w sztukę teatralną, jest to rzecz zasadnicza. Nieraz zapewne się zdarza, że sztuka ta zostaje dla nas napisana przez kogoś innego, kogo darzymy nader nikłą sympatią. Ale jeszcze mniej by się nam podobało, gdyby autor co pół godziny wychodził przed kurtynę i zmuszał nas, główną postać, byśmy łamali sobie głowę, wymyślając następny akt. Mamy kontrolę nad wieloma sprawami w naszym życiu; jest ich wystarczająco wiele, by człowiek mógł czuć się bohaterem powieści. Ale gdyby bohater miał kontrolę nad wszystkim, tak by się rozdął, że na powieść zabrakłoby miejsca. Właśnie dlatego bogacze wiodą życie zasadniczo płaskie i jednostajne. Oni mogą wybierać, co im się przytrafi. Są znudzeni, bo są wszechmocni. Nie czują dreszczu przygody, bo swoje przygody stwarzają sami. Tym, co nadaje życiu romantyzm, co otwiera pełnię burzliwych i namiętnych możliwości, są właśnie owe codzienne ograniczenia, zmuszające nas wszystkich, byśmy napotykali to, co nam nie odpowiada lub czego zupełnie nie przewidzieliśmy.

Toteż próżno narzekają wyniośli ludzie współcześni na otoczenie, które do nich nie dorasta i całkiem ich nie rozumie. Takie otoczenie to przecież kwintesencja romansu. Przyjście na świat oznacza, że trafiliśmy w warunki niesprzyjające, czyli, innymi słowy, tworzące wokół nas aurę romantyzmu. Zaś spo­śród wszystkich owych ram i ograniczeń, które kształtują w naszym życiu poezję i różnorodność, rodzina jest najważniejsza i najbardziej namacalna. Nie rozumieją jej ludzie nowocześni, wyobrażają sobie bowiem, że najdoskonalszy romantyzm istnieje w warunkach, które zwą kompletną wolnością. Sądzą, że kiedy człowiek kiwnie palcem, słońce powinno spadać z nieba, i nazywają to zaskakującym i romantycznym. Ale w słońcu najbardziej zaskakujące i romantyczne jest to, że nie spada z nieba. Szukają, pod różnymi postaciami, świata, gdzie nie ma żadnych ograniczeń — nie ma granic, a więc nie ma linii tworzących zarys, czyli, innymi słowy, nie ma kształtów. Jakiż to nędzny gatunek nieskończoności. Twierdzą, że chcą być potężni jak samo Uniwersum, ale tak naprawdę pragną tylko Uniwersum równie słabego jak oni sami.

Tłm. Jaga Rydzewska

Źródło: G.K. Chesterton, Heretycy, 2004, ss. 167-181. Zachęcamy do zakupu!

  1. Sparta  
  2. Postać z Davida Copperfielda Dickensa, marnotrawca i optymistyczny nieudacznik, który zawsze liczył, że zdarzy się coś, co pomoże mu zdobyć pieniądze.