Brian Douglass: Dystrybucjonizm jako sposób życia

city-sun-hot-child-2

Brian Douglass

Dystrybucjonizm jako sposób życia

Wydaje się, że o dystrybucjonizmie, w tych rzadkich momentach, w których w ogóle podejmuje się ten temat, dyskutuje się dzisiaj w sposób bardzo hipotetyczny i akademicki. To wszystko bardzo dobrze. Wszystko ma swój czas. Niemniej, wydaje się również, że istnieje niebezpieczeństwo poświęcenia podobnej debacie zbyt długiego czasu – zbyt krótkiego zaś temu, jak można ją zastosować. Być może, jako człowiek zamknięty obecnie w „Wieży z kości słoniowej” (które to słowo jest dzisiaj, niestety, terminem pejoratywnym, a nie czułym określeniem na ową Turris eburnea [sic], Matkę Boga), nieświadomie patrzę na sprawę przez pryzmat własnych uprzedzeń. Jeżeli, jak mam nadzieję, jestem tutaj w błędzie, bardzo chętnie przyjmę wszystkie uwagi. Niemniej, wydaje się, że niedawny artykuł Dale’a Ahlquista „G.K. Chesterton’s Distributism” zwraca naszą uwagę na potrzebę bardziej czynnej dyskusji na temat dystrybucjonizmu. Jak mógłby powiedzieć św. Franciszek z Asyżu, dyskutujcie o dystrybucjonizmie zawsze – jeżeli to konieczne, używajcie słów.

Pod terminem „dystrybucjonizm” rozumiem tu angielski (a zatem także amerykański) projekt urządzenia życia według zasad zawartych w społecznych encyklikach papieży. W bardzo wielu innych częściach świata próbowano opracować inne metody osiągnięcia tego samego celu, nadając im wiele innych nazw. Możemy także, rzecz jasna, doszukać się w historii podobnych ruchów, które w ogóle nie były inspirowane papieskimi dokumentami (przychodzi tu na myśl Jeffersonowska tradycja agrarystyczna z Południa). Lecz to przede wszystkim pewien sposób życia, nie zaś system ekonomiczny albo sposób prowadzenia interesów – to kompletny sposób życia, który jednym słowem określić można jako katolicki. A zatem, nie umniejszając roli tych, którzy lubią debatować na temat różnych punktów doktryny dystrybucjonizmu lub angażować się w różnorakie krucjaty przeciwko wszystkim, którzy kwestionują ten system, chciałbym tutaj zasugerować, że powinniśmy poprawić jakość rozumienia go jako systemu życia. Angielscy dystrybucjoniści mieli, oprócz innych „nieakademickich” aspektów swojego programu, swój Catholic Land Movement oraz wspólnotę w Ditchling. Podobne inicjatywy działają obecnie w różnych miejscach, najstarszą zaś i najlepiej znaną z nich jest, oczywiście, Catholic Worker Movement.

Dorothy Day pragnęła, by prowadzone przez członków ruchu domy i farmy znajdowały się w każdej diecezji i stanowiły szkoły, w których wszyscy chętni (zauważmy, że kluczem jest tutaj dobrowolność – ponieważ, jak zaznacza Ahlquist, dystrybucjonizm musi być dobrowolny: „zasad dystrybucjonizmu nie urzeczywistnia się za ludzi, ale tylko dzięki ludziom”) mogliby nauczyć się pełnić dzieła miłosierdzia. Dorothy miała nadzieję, że większość z nich poszłaby potem w świat i kształtowała własne życie, cokolwiek by robiła, stawiając w centrum te właśnie dzieła. Lubiła cytować św. Jana Chryzostoma, który mówił o „Chrystusowych izbach” chrześcijańskich domów, w których niemający się gdzie podziać mogliby znaleźć posiłek i miejsce do spania. Zdawała sobie ona jednak sprawę z tego, że istnieje także wiele innych sposobów pełnienia dzieł miłosierdzia, co, jak uważam, stanowi synonim życia według zasad dystrybucjonizmu.

Ponieważ dystrybucjonizm nie jest systemem przeznaczonym dla pustelników, z natury swojej jest on także społeczny i społecznikowski. Mimo iż z konieczności musimy zacząć działać z własnej inicjatywy, jakikolwiek plan niemający silnego oparcia we wspólnocie skazany jest na porażkę. Dystrybucjonizm, podobnie jak chrześcijaństwo, zakłada wspólnotę. To system oparty na miłości bliźniego. Gdy nie ma kogoś takiego, jak bliźni, nie może istnieć miłość bliźniego, a zatem – także dystrybucjonizm. Nowoczesna ekonomia nie umie poradzić sobie z rzeczami takimi, jak miłość i dary pochodzące z miłości. Miłość, z natury swojej, nie zdarza się rzadko, a jednak – nie jest ona wszystkim po równo dostępna (jak choćby powietrze), bierze się z aktu woli. Co gorsza, jak mówi nam zdrowy rozsądek, ma ona kluczowe znaczenie w wypadku niektórych najważniejszych decyzji w naszym życiu, mających wielkie skutki ekonomiczne (małżeństwo i posiadanie dzieci stanowią tutaj dwa najbardziej oczywiste przykłady). Katolicka nauka społeczna wzywa nas, abyśmy odnosili się do siebie nawzajem stosownie do wymogów miłości chrześcijańskiej, a nie tylko utylitarnej kalkulacji. Wynika stąd, że – znowu – nie można nikogo zmusić do przyjęcia takiego systemu (bo do miłości nie można przymusić) i że metody realizacji podobnego programu muszą mieć swój początek na poziomie interpresonalnym.

Najważniejsza różnica między dystrybucjonizmem a systemami świeckimi, takimi jak kapitalizm czy socjalizm, zawiera się w słowie: „miłość”. Socjalizm czerpie swoją atrakcyjność z faktu, że zapowiada wyeliminowanie z życia chciwości i wszelkich „złych rzeczy” dzięki dobroczynnej mocy państwa. Komunizm (w swojej świeckiej wersji) przyciąga do siebie ludzi, ponieważ głosi możliwość zaistnienia stanu całkowitej równości i harmonii dla wszystkich. Porównanie komunizmu monastycznego i marksistowskiego pozwala ujawnić zachodzącą między nimi, kluczową różnicę, a także wyjaśnić, dlaczego jeden z nich zawodzi a drugi rodzi świętych. Monastycyzm to ruch dobrowolny, oparty na wzajemnej miłości do drugiego, jako iż do niczego go nie przymusza, a także – nie bazujący na sposobie myślenia: „ja dostaję, co mi się należy i on dostaje, co mu się należy”.

Więc, gdzie nas to prowadzi? Potrzebujemy nastawienia skoncentrowanego na wspólnocie, która byłaby otwarta dla wszystkich chcących dobrowolnie do niej wstąpić oraz patrzyła na swoje działania (przynajmniej w idei) przez okulary miłości chrześcijańskiej. Hej, wszyscy zostańmy mnichami! Nie o to mi jednak chodzi. Istnieje powołanie zakonne, to prawda, lecz istnieje również wiele innych, którym należy się przyjrzeć i które prawdopodobnie będą stanowić lepsze modele dla większości zainteresowanych życiem w duchu dystrybucjonizmu. Jedną z korzyści wypływających z zasady pomocniczości jest to, że nie trzeba się martwić znalezieniem rozwiązania, które odpowiadałoby wszystkim. Członkowie Catholic Worker Movement zastosowali to w praktyce i każdy ich dom jest troszkę inny. Niektóre z nich nawet – są katolickie.

Pamiętając o tym, chciałbym nakreślić tutaj kilka wspólnych elementów, które, jak uważam, powinno brać się pod uwagę przy każdej próbie organizacji życia na sposób dystrybucjonistyczny. Eucharystia i parafia musi stanowić centrum życia każdego katolika. Próba zrobienia czegokolwiek z pominięciem tego elementu, w nieunikniony sposób zakończy się porażką i rozczarowaniem. Niektóre części Stanów Zjednoczonych wciąż pobłogosławione są posiadaniem otwartej i czynnej parafii w każdej dzielnicy. Inne regiony nie mają już tyle szczęścia i, ze względu na spadek liczby święceń oraz rozproszenie populacji katolików, zaczyna w nich dominować model „parafii podmiejskiej”. Dla księży, zmuszonych do czuwania nad tak wielką liczbą dusz rozproszonych na tak wielkim terenie, fakt ten stanowić może istny koszmar – lecz jeśli chce się stworzyć wspólnotę skupioną wokół życia parafialnego, bardzo komplikuje on sprawę. Parafie często położone są w miejscach, w których, z konieczności, podobnie myślącym jednostkom trudno będzie zamieszkać blisko siebie lub blisko kościoła. Nie jest to problem nie do rozwiązania, niemniej każda dodatkowa minuta, którą zajmuje dojście do sąsiada lub do parafii, zwiększa prawdopodobieństwo tego, że ktoś zdecyduje się zostać w domu, zwłaszcza jeśli dołącza się do tego potrzeba transportowania ze sobą dzieci.

Ekonomia, a w szczególności teoria gier, podkreśla znaczenie bodźców dla każdej ludzkiej decyzji. Jeżeli organizuje się, powiedzmy, aukcję, na którą wystawione są jakieś grunta publiczne, dokłada się wszelkich starań, aby wszyscy licytujący odebrali najwięcej takich bodźców, które skłoniłyby ich do działania w pożądany sposób. Kiedy mowa o tworzeniu wspólnoty, należy bardzo starannie upewnić się, że wszyscy członkowie odbiorą bodźce nakierowujące na tę samą rzecz. Taki jest właśnie powód, dla którego komunizm monastyczny, lecz nie państwowy, działa. W rodzinie występują bodźce naturalne, które czynią ją idealnym modelem dla wszystkich większych wspólnot – niemniej nie ma żadnej gwarancji, że owe występujące w rodzinie bodźce naturalne będą się uobecniać w naszym upadłym świecie na jakąkolwiek większą skalę (niestety, ich obecność nie jest również gwarantowana w obrębie samej rodziny, o czym co noc przekonujemy się w telewizyjnych wiadomościach). W katolickim świecie władze lokalne powinny skupić się na tym, aby ludziom łatwo było być dobrymi. O to właśnie, w pigułce, w całej kwestii bodźców chodzi. Nawet w wypadku ludzi dobrej woli grzech i pycha podnoszą czasem wysoko swoje ohydne łby – i musi istnieć wspólnota, mogąca trzymać je w szachu.

W przypadku wspólnoty opartej na dystrybucjonizmie, bodźce owe muszą być przyjmowane dobrowolnie, ponieważ sam dystrybucjonizm musi być dobrowolny, niemniej muszą one także pokazać czasem pazury – inaczej byłyby bezużyteczne. Jeśli bada się dzieje wspólnot opartych na dobrowolności, bardzo często bardzo jasne staje się to, kiedy bodźce współgrają ze sobą, kiedy zaś nie. Wiele komun rozpadło się na kawałki z powodu rzeczy, które postronnemu obserwatorowi mogłyby się wydać błahe, lecz które wystarczyły, aby spowodować we wspólnocie rozłam. W różnych kultach, ludzie mogą trzymać się razem ze względu na charyzmatycznego lidera i pranie mózgu, przynajmniej przez krótką chwilę, niemniej podobne rzeczy nie stanowią zdrowej harmonizacji bodźców. Dystrybucjonizm nie jest kultem i nigdy żadna grupa próbująca zrobić z niego swój życiowy ideał nie powinna się nim stać.

Co-op, cohousing i organizacje typu Community Land Trust to metody, które z sukcesami wykorzystywano w przeszłości do harmonizacji bodźców członków danej wspólnoty i wszystkie one z perspektywy dystrybucjonistycznej wydają się przydatne. Co-op, lub własność pracownicza, to rzecz w Stanach Zjednoczonych bardzo dobrze znana, ze względu na bardzo wiele czynników, z których spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe, kooperatywy producentów żywności, kontrakty herd-share/gospodarstwa typu CSA (Community Supported Agriculture) i spółdzielnie pracy to na pewno najzacniejsze przykłady. W niektórych miastach, nawet blokami mieszkalnymi zarządza się w systemie co-op. Model ten czerpie korzyści zarówno z posiadania w Stanach Zjednoczonych relatywnie długiej tradycji, jak i bycia powszechnie znaną i akceptowaną organizacją.

Cohousing to rzecz chyba mniej znana, a do tego termin nieszczęśliwie kojarzący mi się z kohabitacją, czyli, jak się dzisiaj mówi, konkubinatem. To relatywnie nowa idea, przywieziona do USA z Danii. A jednak, jak powiedziałby Peter Maurin, jest to idea tak stara, że wydaje się nowa. Wspólnota cohousingowa to zazwyczaj zbiór prywatnych domów i prywatnej własności, z pewnymi wspólnymi zasobami (zwykle parkiem, ogrodem lub świetlicą), stanowiącymi własność spółdzielczą. Jej członkowie często współpracują ze sobą zawodowo i spotykają się towarzysko lub organizują wspólne posiłki i uroczystości. Oczywiście, brzmi to wszystko bardzo podobnie do wiekowego modelu wsi i błoni wiejskich Nowej Anglii… niemniej, współczesnym często zdarza się zapominać o podobnych sprawach.

Organizacje Community Land Trust (CLT) zostały wynalezione przez Ralpha Borsodiego i Roberta Swanna mniej-więcej czterdzieści lat temu jako środki zapewnienia stabilności cen i dostępu do ziemi dla mało zarabiających mieszkańców. CLT to organizacje typu non-profit, pod których powiernictwem znajduje się jakiś obszar ziemi na danym terytorium. Ziemię ową potem się dzierżawi, użytkujący ją zaś mają prawo wykorzystywać ją tak długo i na taki sposób, jak tylko sobie życzą. Ponieważ jednak ziemia ta jako taka stanowi własność organizacji CLT, ludzie, którzy posiadają znajdujące się na niej budynki, nie mogą sprzedawać ich z taką swobodą, jak w tradycyjnych urządzeniach. Organizacjami CLT kieruje wspólnota i istnieją one po to, aby utrzymywać stabilność zarówno celów, jak i wartości tejże wspólnoty. Organizacje te częstokroć były wykorzystywane jako środki zapewnienia przystępnych cen ziemi na farmy (zwłaszcza dla mniejszości etnicznych), lecz od tamtego czasu korzystano ich także w wielu innych sytuacjach.

Wszystkie te trzy modele dostarczają środków do upewnienia się, czy nowi członkowie danej wspólnoty są naprawdę oddani jej misji i choć opierają się na zasadzie dobrowolności, są wszakże dla tych, którzy zdecydują się w nie wejść, również prawnie wiążące – tak długo, jak tylko trwają oni w swoim wyborze, pozwalając im jednak także w prosty sposób wycofać się z niego bez niszczenia społeczności czy niepotrzebnych konfliktów. Być może dla wspólnot dystrybucjonistycznych dałoby się opracować jakieś nowe rozwiązania. Podobne społeczności mogłyby także wykorzystać staromodną koncepcję parafii, po prostu gdzieś się wprowadzić, żyć ze sobą jak chrześcijańscy bliźni i korzystając z tej podstawy szukać czegoś nowego. Mogłyby także zaistnieć koncepcje hybrydowe, ze wszystkimi członkami społeczności tworzącymi normalną wspólnotę sąsiedzką i współpracującymi przy kooperatywie żywnościowej lub wspólnie posiadanym ogrodzie. Ilość opcji jest tutaj praktycznie nieskończona. Ważne, by skłonić ludzi do myślenia i do pracy.

Miłą cechą dystrybucjonizmu jest jego wielka otwartość na lokalną różnorodność. Dzięki temu jest on znacznie bardziej elastyczny zarówno od kapitalizmu kolesiowskiego jak i socjalizmu. Może indywidualizować się tak bardzo, jak tylko indywidualizują się konkretni, zaangażowani w jego sprawę ludzie. Rzecz jasna, znacznie łatwiej jest usiąść sobie wygodnie i dyskutować na temat stojącej za dystrybucjonizmem teorii – wiem aż za dobrze, że sam jestem chyba najbardziej dotknięty tą przywarą – niemniej w wypadku każdego z nas, w pewnym momencie trzeba zacząć działać. Uprawiajcie własną sałatę w swojej sypialni, jeżeli to wszystko, co możecie zrobić. Jeśli możecie, przeprowadźcie się na drugi koniec kraju, aby żyć w otoczeniu podobnie myślących ludzi i zakładajcie farmy w rozsypujących się dzielnicach miast, których pierwsza młodość dawno przeminęła. Jak przypomniano nam na ostatniej konferencji Stowarzyszenia Chestertonowskiego, musimy wyjść naprzeciw wroga, stoczyć z nim beznadziejną walkę… i wygrać. To właśnie zrobił Don Juan de Austria i takie też jest powołanie dystrybucjonistów. A zatem: przygotowania do bitwy czas zacząć!

 

Tłm. Maciej Wąs, oryginał ukazał się w The Distributist Review, 21 VIII 2011 roku.

Przeczytaj też: