Angus Sibley: Zyski maksymalne czy zyski odpowiedniego poziomu?

Wszystkie przedsiębiorstwa powinny generować zyski; jeśli tego nie czynią, znajdują się w kiepskiej kondycji i są zagrożone zniknięciem. Pojawia się jednak ważne pytanie: czy należy dążyć do odpowiedniego poziomu zysku, czy też zawsze trzeba sięgać gwiazd, podążając za zyskiem możliwie najwyższym?

Jak moglibyśmy zdefiniować odpowiedni poziom zysku dla konkretnej firmy? Dla wielu teoretyków jest to nieuchronnie pojęcie dosyć niejasne, co jest również przyczyną niechęci. Można by taki poziom zysków określić mianem poziomu, który pozwala na rozsądny zwrot z inwestycji udziałowcom (biorąc pod uwagę ryzyko) , po tym jak sama firma zainwestowała już wystarczająco dużo środków w badania, rozwój, odnowienie aktywów, rekrutację i szkolenia, aby umożliwić jej na przynajmniej utrzymanie obecnej wielkość.

Tak więc, pół wieku temu, nestor teorii zarządzania – Peter Drucker – napisał:

Zysk służy trzem celom. [Po pierwsze] Mierzy efektywność netto i solidność działań firmy. Jest to rzeczywiście ostateczny test wydajności biznesowej.

[Po drugie] Jest to „premia za ryzyko”, która pokrywa koszty pozostawania w biznesie – wymiana, starzenie się, ryzyko rynkowe, niepewność … zadaniem firmy jest odpowiednie poniesienie tych „kosztów pozostawania w biznesie” poprzez uzyskanie odpowiedniego zysk – czego nie robi wystarczająco dużo firm.

Wreszcie, zysk zapewnia podaż przyszłego kapitału na innowacje i ekspansję, albo poprzez wykorzystanie zysków wąłsnych, albo przez przyciąganie kapitału od inwestorów zewnętrznych.

Drucker dodaje: „Żadna z wymienionych funkcji zysku nie ma nic wspólnego z maksymalizacją zysków w rozumieniu ekonomisty. Wszystkie trzy funkcje są w rzeczywistości koncepcjami „minimalnymi” – minimum zysku potrzebne do przetrwania i dobrobytu przedsiębiorstwa. Cel rentowności mierzy zatem nie zysk maksymalny, jaki firma może wytworzyć, lecz minimum, które musi wytworzyć.”

Adrian Wood, ekonomista z Cambridge w Anglii, oferuje porównywalny opis, który kładzie większy nacisk na rozwój biznesu:

Głównym celem typowej firmy w kapitalistycznej gospodarce jest spowodowanie wzrostu sprzedaży. Pociąga to za sobą zwiększenie zdolności produkcyjnych, co z kolei wymaga inwestycji w środki trwałe i zapasy … w praktyce zyski własne przeznaczone na inwestycje są koniecznie głównym źródłem finansowania inwestycji. Główną zasadą niniejszej teorii jest to, że wysokość zysków, które firma ma zamiar zarobić, zależy od wielkości inwestycji, których planuje się podjąć.

Zyski i wzrost

Tak więc odpowiedni poziom zysku dla każdej firmy opiera się na tym, czego potrzebuje, aby przetrwać, ale zależy również od jej chęci rozwoju. Z łatwością akceptujemy, że przedsiębiorstwo typu start-up chce rosnąć. Z drugiej strony, w przypadku firm, które osiągnęły już ogromny rozmiar, możemy zastanawiać się, czy powinny się nadal rozwijać. Czy to dobrze, by McDonalds i Wal-Mart w dalszym ciądu wzrastały? Czy aby nie są to już nazbyt dominujące podmioty? Kto zaaprobował nieubłaganą ekspansję Royal Bank of Scotland pod sterami potwornie ambitnego Freda Goodwina? Dlaczego mielibyśmy zachęcać do megalomanii, lub nawet ją tolerować?

Oto jeden argument przeciwko celom w postaci maksymalnej rentowności: w miarę wzrostu firma może na ogół zwiększyć swą marżę zysku, ponieważ ekspansja zapewnia jej większe udziały w rynkach, a tym samym większą siłę cenową.

Mamy tu spiralę samowyżywienia: im większy staje się biznes, tym większe są jego możliwości dalszego powiększania się. To prowadzi naturalnie do super-wzrostu, nawet do gigantyzmu ze wszystkimi jego problemami, jakie widzimy dzisiaj w pewnych dobrze znanych przypadkach. Czy nie byłoby lepiej, gdyby Hank Greenberg w mniejszym stopniu kierował się pogonią za hiper-profitami? W rzeczywistości im większy staje się biznes, w tym mniejszym stopniu potrzebuje on bardzo wysokiej rentowności.

Dyktatura akcjonariusza

Do tego momentu zastanawialiśmy się, jaki poziom zysku jest odpowiedni do zaspokojenia potrzeb i aspiracji firmy. Jednak wraz z niedawnym wzrostem uprawnień dużych udziałowców instytucjonalnych, osiągnęliśmy sytuację, w której cele dotyczące wielkości zysków są ustala się przez wzgląd na wymagania firmy, lecz raczej wymagania zewnętrznych akcjonariuszy. Przez to nie ma mowy o obiektywnie wystarczającym poziomie zysków. Oni po prostu chcą jak najwięcej.

Wynika to logicznie z narastającej konkurencji pomiędzy menedżerami inwestycji. Taka konkurencja istniała od czasu ustanowienia pierwszych trustów inwestycyjnych w XIX wieku. Jednak w przeszłości ograniczał ją brak informacji. Wyceny portfela dokonywano raz, lub dwa razy w roku i ogłoszono kilka tygodni po dacie wyceny. Wiele biur ubezpieczeń na życie przeprowadzało wyceny tylko raz na trzy lata, a nawet co pięć! Fundusze niekoniecznie publikują szczegółowe wykazy swoich inwestycji. Jednym słowem, było tam niewiele przejrzystości. Nie było też obsesji na punkcie krótkoterminowych wyników. Bez obecnej mnogości danych nie można było tego zmierzyć.

Dziś zapewne zbyt łatwo można zmierzyć, a co za tym idzie – porównać wyniki zarządzających funduszami. Nie tylko z roku na rok, ale z kwartału na kwartał, z miesiąca na miesiąc … obecnie powszechne jest publikowanie wartości portfela niemal codziennie. Dlatego przykładowy menedżer ma obsesję na punkcie maksymalizacji swoich krótkoterminowych wyników; jeśli tego nie zrobi, klienci przejdą do menedżera z lepszymi wynikami; co w naszym, naznaczonym niecierpliwością wieku oznacza niemal natychmiastową lepszą wydajność.

Wydajność portfela jest dobra, jeśli udziały w portfelu rosną. Tak więc zarządzający funduszami, jako wielcy akcjonariusze naciskają na firmy, aby zrobiły wszystko, by podnieść cenę akcji. Innymi słowy, aby zwiększyć zysk netto na akcję, tak szybko jak to możliwe. Natychmiastowe zyski muszą być spęczniałe, nie dlatego, że jest to dobre dla biznesu, ale dlatego, że wymagają tego wielcy akcjonariusze. A spełnianie takich żądań wymusza na nich zacięta konkurencja.

Wada chciwości

Jakie są zgubne konsekwencje dążenia do maksymalnych zysków? Przyjrzymy się sześciu.

Po pierwsze: pogarda dla pracowników. Dawno temu wierzono, a dziś czasami mówi się, że ze względu na public relations, najlepszym zasobem odnoszącej sukcesy firmy był jej silny zespół. Jednak fanatycy maksymalnej rentowności przekonali nas, że pracownicy są po prostu kosztem, który należy ograniczyć tak dalece, jak to możliwe. Dlatego zamiast tworzyć i utrzymywać dobre zespoły, zbyt wiele firm ucieka się do częstych zwolnień, pracy tymczasowej, podwykonawstwa, delokalizacji …. To nie jest wyłącznie problem tych, którzy tracą pracę. Ci, którzy pozostają, często są przepracowani, nazbyt zestresowani i zdemoralizowani. Z kolei sam biznes cierpi z powodu pogorszenia jakości swoich kadr.

Po drugie: zaniedbanie długoterminowych inwestycji. Kult natychmiastowego zysku z akcji szkodzi rozwojowi firmy w przyszłości. Możesz odpowiedzieć, że jeśli firma osiąga maksymalne zyski, z pewnością ma dużo pieniędzy na rozwój? Teoretycznie masz rację. Ale firmy mają zwyczaj korzystania z zysków biznesowych, aby rozpieszczać ludzi na szczycie i odkupić część akcji firmy. Zmniejsza to liczbę udziałów dostępnych na rynku. Im mniej akcji, tym większy zysk na akcję. Jest to marzenie chciwego inwestora.

Po trzecie: nadmierne podejmowanie ryzyka, jak zauważyliśmy ostatnio w zbyt wielu bankach. Podejmowane są działania naznaczone dużym ryzykiem w nadziei na osiągnięcie dużych zysków. Ta gra może się opłacić … może też katastrofalnie zawieść.

Po czwarte: jak zauważyliśmy wyżej, poszukiwanie maksymalnych zysków prowadzi zazwyczaj do wzrostu przerośniętych gigantów biznesowych.

Po piąte: firma, która ma obsesję na punkcie maksymalizacji własnych zysków, zaniedbuje interes publiczny. Nie będzie wydawać pieniędzy na redukcję emisji dwutlenku węgla, recykling odpadów, zatrudnianie osób niepełnosprawnych, wspieranie projektów dla dobra swojej społeczności, chyba że to prawo wymusza na niej takie działania. W konsekwencji przepisy stają się bardziej wymagające. Ale przecież to ostatnia rzecz, jakiej pragną wolnorynkowcy!

Po szóste: kiepska obsługa klienta. Kiedy to piszę, moja żona zmaga się z „działem obsługi klienta” telewizji kablowej, który już od dwudziestu minut każe jej czekać na telefonie. To nie jest rzadki problem.

Poszukiwanie remedium

W jaki sposób możemy zniechęcić, o ile nie możemy zabronić, tego gorączkowego dążenia do nadmiernych zysków? Ustalenie przez prawo limitów dotyczących rentowności przedsiębiorstw byłoby całkowicie niewykonalne. Najlepszym rozwiązaniem byłaby radykalna zmiana dominujących  postaw, ogólne odrzucenie filozofii Gekko, że chciwość jest dobra. Nie możemy też ustanawiać prawa, ale możemy do tego zachęcić.

Angus Sibley

Angus Sibley jest autorem Catholic Economics: Alternatives to the Jungle (2015), a także The „Poisoned Spring” of Economic Libertarianism: Menger, Mises, Hayek, Rothbard: a critique from Catholic social teaching of the ‚Austrian school’ of economics (2011).

Źródło: The Distributist Review